Przejdź do treści
Egzotyka

Izrael Ciekawostki - 15 Zaskakujących Faktów Które Musisz Poznać

Poznaj 15 zaskakujących faktów o Izraelu, który jest liderem innowacji i ma więcej firm na NASDAQ niż cała Europa. Odkryj, co czyni to państwo prawdziwą

Pozdrowienia z: Egzotyka Par avion

Izrael nie leży na ropie, tylko na innowacjach - to start-up nation z większą liczbą firm na giełdzie NASDAQ niż cała Europa

Izrael od lat obala stereotypy. Nie ma tu złóż ropy, które napędzałyby gospodarkę, a mimo to wyprzedza całą Europę pod względem liczby firm notowanych na NASDAQ. Stąd właśnie wzięło się określenie „start-up nation” - innowacje są tu tak powszechne jak falafel na ulicach Tel Awiwu. Armia izraelska, zwłaszcza jej jednostki technologiczne, stała się wylęgarnią pomysłów, które później podbijają światowe rynki. Żydzi, którzy przez wieki żyli w diasporze, po powrocie do starożytnego Izraela zbudowali społeczeństwo, w którym wiedza i kreatywność są dobrem narodowym.

Kiedy myślisz o Izraelu, pierwsze skojarzenia to często Jerozolima jako święte miasto trzech religii albo Morze Martwe, najniższy punkt Ziemi. Ale ten mały kraj ma też północną twarz - Wzgórza Golan i górę Hermon, najwyższy punkt w państwie, gdzie zimą można jeździć na nartach. Geografia Izraela zaskakuje kontrastami: od Morza Śródziemnego po pustynię Negew, od Jeziora Tyberiadzkiego po słone wybrzeże Jordanu. W Tel Awiwie tętni nowoczesne życie, a w Jerozolimie historia miesza się z codziennością - spacerując, słyszysz hebrajski i arabski, widzisz judaizm obok chrześcijaństwa i islamu.

Kuchnia izraelska to kolejny dowód, że kraj wyciąga wnioski z własnej historii. Nie ma jednej tradycji kulinarnej - to mieszanka wpływów z Maroka, Jemenu, Europy Wschodniej i Bliskiego Wschodu. Falafel, hummus czy szakszuka to dania, które zna cały świat, ale Izraelczycy dodają do nich własne, nowoczesne interpretacje. Co ciekawe, Izrael ma na koncie wiele Nagród Nobla w dziedzinie nauki i technologii - w przeliczeniu na liczbę mieszkańców to jeden z najlepszych wyników na świecie. Jerozolima i Tel Awiw to dwa bieguny tego samego kraju: duchowość i innowacja, które współistnieją obok siebie.

Morze Martwe znika w oczach - co roku poziom wody spada o metr i powstają tajemnicze zapadliska

Morze Martwe to jedno z tych miejsc, które brzmi jak science fiction. Leży ponad 430 metrów poniżej poziomu morza, jest najniższym punktem na Ziemi, a jego zasolenie sięga prawie 35 procent - dla porównania, w Morzu Śródziemnym to około 3,5 procent. Woda jest tak gęsta, że nie utoniesz, nawet gdybyś bardzo chciał. Brzmi jak idealna atrakcja turystyczna, prawda? Problem w tym, że ten izraelski cud natury dosłownie znika na naszych oczach. Co roku poziom wody spada o około metr. Od lat 60. XX wieku powierzchnia jeziora skurczyła się o jedną trzecią. Główny winowajca to człowiek - rzeka Jordan, która zasila Morze Martwe, jest w dużej mierze rozbierana na potrzeby rolnictwa i picia, a po drodze wsiąka w wyschnięte dno. Do tego dochodzą izraelskie i jordańskie zakłady wydobywające minerały, które odparowują wodę w ogromnych basenach.

Konsekwencje tego procesu są nie tylko smutne, ale i niebezpieczne. Gdy woda opada, słodka woda gruntowa rozpuszcza podziemne pokłady soli, tworząc puste przestrzenie. Grunt nad nimi zapada się nagle, bez ostrzeżenia, tworząc leje - zapadliska. W ciągu ostatnich kilkunastu lat pojawiło się ich kilka tysięcy. Część pochłonęła drogi, linie energetyczne, a nawet pola namiotowe. Dla turystów to egzotyczne zagrożenie, ale dla Izraelczyków i Jordanii to realny problem, który zmienia krajobraz i zmusza do zamykania kolejnych odcinków wybrzeża.

Mimo to Morze Martwe wciąż przyciąga. Ludzie przyjeżdżają tu nie dla widoków, ale dla doświadczenia - unoszenia się na wodzie jak korek, smarowania się czarnym błotem, które rzekomo leczy skórę, i oddychania powietrzem bogatym w brom, które według lokalnych wierzeń działa uspokajająco. To miejsce ma też swoją wagę symboliczną. Leży w strefie granicznej między Izraelem a Jordanią, w cieniu Wzgórz Golan i na skraju pustyni Judzkiej. Dla jednych to atrakcja przyrodnicza, dla innych element wielkiej historii regionu - biblijne miasta Sodoma i Gomora lokalizuje się właśnie gdzieś w jego okolicy.

Jeśli planujesz podróż do Izraela, warto zobaczyć Morze Martwe, póki jeszcze ma sensowną linię brzegową. Z Jerozolimy dojedziesz tam w godzinę. Tylko nie spodziewaj się plaży z palemkami - raczej surowego, solnego pustkowia, które cofa się o kolejne centymetry każdego dnia. I nie zapomnij, że do wody wchodzi się tylko z ranami i zadrapaniami - sól wżera się w skórę tak, że zapominasz o wszystkich problemach.

Obowiązkowa służba wojskowa dla kobiet to norma od 1948 roku, ale mało kto wie, że Izraelki służą też w jednostkach bojowych

Kiedy myślisz o armii, pewnie wyobrażasz sobie mężczyzn. W Izraelu to założenie od razu leży na stole do pocięcia. Od 1948 roku, czyli od samego początku istnienia państwa, obowiązkowa służba wojskowa dotyczy zarówno mężczyzn, jak i kobiet. To nie jest żaden eksperyment społeczny czy nowinka - to norma, która wrosła w krajobraz tego kraju głębiej niż gaje oliwne na wzgórzach Golan. Izraelki nie siedzą w biurach, chociaż i takie stanowiska istnieją. Coraz więcej z nich trafia do jednostek bojowych, gdzie pełnią służbę na równi z mężczyznami. Mowa o batalionach piechoty, takich jak słynny Carakal, albo o służbie w artylerii czy na granicach. To nie są ciekawostki rodem z reportażu - to codzienność, która dla osoby z zewnątrz może brzmieć jak science fiction.

Skąd taki pomysł? W kraju, który ze wszystkich stron otaczają konflikty, każda para rąk się liczy. Ale to też kwestia kultury i społeczeństwa. W Izraelu nie ma miejsca na myślenie, że kobieta jest słabsza czy mniej potrzebna w trudnych sytuacjach. Armia to nie tylko karabin i mundur - to trampolina do dorosłości. Po szkole średniej, zamiast iść na studia czy w podróż, Izraelczycy i Izraelki trafiają na co najmniej dwa lata (kobiety) lub trzy (mężczyźni) do wojska. To kształtuje charaktery, uczy odpowiedzialności i często decyduje o przyszłej karierze. Wielu później zakłada start-upy, które zmieniają świat - Izrael ma jedną z najwyższych liczb laureatów Nagrody Nobla na mieszkańca, a część z nich to właśnie weterani.

Co ciekawe, służba kobiet w jednostkach bojowych to nie jest żaden wymysł ostatnich lat. Już w czasie wojny o niepodległość w 1948 roku kobiety walczyły ramię w ramię z mężczyznami. Później na dekady odsunięto je od frontu, ale od lat 90. XX wieku drzwi znów stoją otworem. Dziś, jeśli chcesz zobaczyć prawdziwą twarz izraelskiej armii, wystarczy pojechać na pustynię Negew, gdzie stacjonują mieszane bataliony. To tam, w upale i pyle, rodzi się siła, która budzi respekt nie tylko w regionie, ale i na świecie. Nie ma tu miejsca na dyplomatyczne frazesy - to po prostu fakt, który warto znać, zanim zacznie się dyskutować o tym, jak działa to państwo.

Scenic view of arid desert hills under a clear blue sky in Israel.
Zdjęcie: Duc Tinh Ngo

Jerozolima ma swój zespół sprzątający odchody z Grobu Pańskiego, bo sześć chrześcijańskich wyznań od wieków nie może się dogadać

Gdyby ktoś zestawił listę najbardziej absurdalnych skutków biurokracji na świecie, Jerozolima miałaby mocnego kandydata do ścisłej czołówki. W Bazylice Grobu Pańskiego, czyli miejscu, które dla milionów chrześcijan jest najświętszym punktem na ziemi, od wieków panuje zastój organizacyjny, który normalnie skończyłby się katastrofą sanitarną. Chodzi o to, że sześć wyznań - grekoprawosławne, ormiańskie, rzymskokatolickie, koptyjskie, syryjskie i etiopskie - od stuleci nie potrafi dojść do porozumienia, kto ma sprzątać. Efekt? Zatrudniono muzułmańską rodzinę, która od pokoleń ma monopol na otwieranie drzwi i ścieranie kurzu. I tak, gdyby z Grobu Pańskiego trzeba było usunąć ptasie odchody, nie robi tego żaden z mnichów, tylko wynajęty z zewnątrz człowiek, bo każda ze stron bałaby się, że ustępstwo zostanie uznane za oddanie kontroli nad terytorium.

Ta sytuacja to tylko wierzchołek góry lodowej, jeśli chodzi o status quo w Jerozolimie. Miasto, które jest święte dla judaizmu, chrześcijaństwa i islamu, funkcjonuje w rytmie kompromisów tak kruchej natury, że nawet drabina postawiona w niewłaściwym miejscu potrafi wywołać awanturę dyplomatyczną. Mowa o słynnej drabinie nad wejściem do Bazyliki, która stoi tam od XVIII wieku - nikt jej nie rusza, bo zmiana jej położenia oznaczałaby naruszenie porozumień. Dla turysty wygląda to jak surrealistyczna scenografia, ale dla mieszkańców Izraela to codzienność. W kraju, gdzie religia miesza się z polityką na każdym kroku, a armia pilnuje porządku na Wzgórzach Golan, takie detale są dowodem na to, że historia Izraela to nie tylko wojny i nagrody Nobla, ale też absurd administracyjny rodem z teatru absurdu.

Kuchnia izraelska radzi sobie z tym napięciem dużo lepiej. Podczas gdy mnisi kłócą się o to, kto umyje posadzkę, w Tel Awiwie i Jerozolimie falafel, hummus i szakszuka łączą Żydów, Arabów i przyjezdnych przy jednym stole. Może i w świętym miejscu trzeba czekać trzy godziny, by wejść do Grobu, bo każda msza musi być odmierzona co do minuty, ale za to na targu Mahane Yehuda nikt nie pyta o wyznanie - liczy się świeżość pity i dobry tahini. To paradoks Izraela: państwo, które ma najniższy punkt na Ziemi - Morze Martwe - i jeden z najwyższych odsetków startupów na mieszkańca, wciąż nie potrafi dogadać się w sprawie sprzątania własnego najświętszego budynku. Gdyby ktoś szukał ciekawostek o Izraelu, ta jest idealna: pokazuje, że nawet w kraju technologicznych innowacji i hebrajskiej poezji, najstarsze spory bywają najtrudniejsze do odkurzenia.

Hebrajski był martwym językiem przez 1700 lat, aż jeden człowiek postanowił go wskrzesić na nowo

Kiedy myślisz o Izraelu, prawdopodobnie pierwsze skojarzenia to Jerozolima, Morze Martwe albo Tel Awiw. Ale mało kto zdaje sobie sprawę, że język hebrajski, którym mówią dzisiejsi Izraelczycy, przez prawie 1700 lat istniał wyłącznie w tekstach religijnych i modlitwach. To był martwy język - tak samo martwy jak łacina w dzisiejszym Rzymie. I pewnie tak by zostało, gdyby nie jeden uparty człowiek.

Eliezer Ben-Jehuda, bo o nim mowa, przyjechał do Palestyny w 1881 roku z przekonaniem, że Żydzi potrzebują wspólnego języka, żeby odrodzić swoje państwo. On sam mówił tylko po hebrajsku ze swoim synem - dosłownie od kołyski. Chłopiec, Ben-Cijon, był pierwszym dzieckiem od starożytności, dla którego hebrajski był językiem ojczystym. Sąsiedzi myśleli, że Ben-Jehuda oszalał. On tymczasem tworzył nowe słowa na rzeczy, których w Biblii po prostu nie było: gazeta, lody, kolej, elektryczność. Dziś widać efekty: w Izraelu hebrajski jest żywym, nowoczesnym językiem, którym posługuje się ponad 9 milionów osób. To jedyny przypadek na świecie, kiedy martwy język wrócił do codziennego użytku.

Ta historia pokazuje coś ważnego o tym kraju. Izrael to państwo, które nie boi się rewolucji. Odwiedzając go, od razu to czujesz: w Tel Awiwie start-upy powstają w garażach, na pustyni Negew rosną winnice, a na Wzgórzach Golan, tuż przy granicy z Jordanią i Syrią, uprawia się wino i jabłka. Nawet w kuchni izraelskiej widać to samo nastawienie - falafel i hummus to tylko wstęp, bo prawdziwą historię piszą szefowie kuchni, którzy łączą smaki Maroka, Jemenu i Europy Wschodniej. I choćbyś pojechał nad Morze Śródziemne, na Hermon (najwyższy punkt kraju) czy nad Jezioro Tyberiadzkie, wszędzie trafisz na tę samą mieszankę starożytności i nowoczesności. Żydzi, Arabowie, chrześcijanie, muzułmanie - każdy zostawił tu swój ślad. A hebrajski, który kiedyś brzmiał tylko w synagogach, teraz słychać na ulicach, w wojsku, w knajpach i w laboratoriach. I to chyba najlepsza ciekawostka o Izraelu, jaką możesz zabrać ze sobą w podróż.

Izraelskie śniadanie to sałatka, hummus i jajka - zero kanapek, za to więcej warzyw niż w niejednej polskiej obiedzie

Izraelskie śniadanie to dla wielu turystów pierwsze zaskoczenie, które zmienia myślenie o tym, jak powinien wyglądać poranny posiłek. W Polsce kanapka z serem i pomidorem to standard. W Izraelu nikt nie wyciąga chleba z tostera. Zamiast tego na stole ląduje miska sałatki z drobno pokrojonego ogórka, pomidora, cebuli i papryki, doprawionej cytryną i sezamem. Do tego hummus, pasta z ciecierzycy, świeże pieczywo pita, jajka na twardo lub w formie szakszuki - duszonych w sosie pomidorowym z papryką. Warzyw jest tyle, że spokojnie wystarczyłoby na polski obiad, a wszystko podane jest bez masła i wędlin.

Ten zwyczaj bierze się z prostoty i klimatu. W kraju, gdzie latem temperatura sięga 35 stopni, ciężkie, tłuste śniadania nie mają sensu. Izraelczycy wolą lekkie, ale sycące dania, które dostarczają energii na cały dzień. W Tel Awiwie czy Jerozolimie poranna kawa często idzie w parze z talerzem warzyw i kromką pity maczaną w hummusie. W hotelach bufet śniadaniowy wygląda jak targ świeżych produktów, a nie stół z wędlinami i serami. To podejście ma też głębsze korzenie. Kuchnia izraelska, w której falafel i sałatka stanowią podstawę, wyrosła z potrzeb imigrantów i lokalnych tradycji rolniczych.

Co ciekawe, śniadanie w Izraelu często łączy elementy kuchni bliskowschodniej z tym, co przynieśli ze sobą Żydzi z Europy. Jajka na twardo, które jada się w Polsce na Wielkanoc, tutaj pojawiają się codziennie. Różnica polega na dodatkach - zamiast majonezu podaje się je z za’atarem, mieszanką ziół, albo z tahini. Dla kogoś, kto pierwszy raz odwiedza to państwo, poranek przy stole z hummusem i sałatką może być objawieniem. I choć w Izraelu znajdziesz też nowoczesne kawiarnie z avocado toastem, to właśnie ta prostota, zero kanapek i mnóstwo warzyw, zostaje w pamięci na długo.

W Tel Awiwie znajdziesz największą koncentrację architektury Bauhaus na świecie, przez co miasto trafiło na listę UNESCO

To nie jest przypadek ani chwilowa moda. Tel Awiw ma największe na świecie skupisko budynków w stylu Bauhaus, które w 2003 roku trafiło na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Mowa o Białym Mieście - obszarze w centrum metropolii, gdzie stoi ponad cztery tysiące budynków wzniesionych według zasad niemieckiej szkoły architektury. Izraelscy architekci, którzy uciekli przed nazizmem w latach 30. XX wieku, przywieźli nad Morze Śródziemne pomysł na proste, funkcjonalne formy. Dopasowali go jednak do lokalnego klimatu: zamiast płaskich dachów pojawiły się długie, wąskie balkony osłaniające przed słońcem, a budynki ustawiono tak, by łapały morską bryzę.

Spacerując ulicami Rothschilda czy Dizengoffa, trudno nie zauważyć charakterystycznych białych elewacji, asymetrycznych brył i okrągłych okien. W przeciwieństwie do surowego, industrialnego Bauhausu z Niemiec, izraelska wersja jest bardziej przewiewna i przyjazna. To fascynujące, jak jeden styl architektoniczny potrafi opowiedzieć całą historię: od ucieczki przed wojną, przez budowę nowego państwa, aż po codzienne życie w mieście, które nigdy nie śpi. Tel Awiw często przegrywa w mediach z Jerozolimą, ale to tutaj bije puls nowoczesnego Izraela - startupów, plaż i wielokulturowości. Jeśli interesują cię ciekawostki o Izraelu, Białe Miasto to jeden z tych faktów, które pokazują, że ten kraj to nie tylko religia i konflikt, ale też pomysłowość i design.

Izraelskie krowy dają najwięcej mleka na świecie - przeciętna krowa produkuje 12 000 litrów rocznie

Izrael kojarzy się głównie z gorącym klimatem, pustynią Negew i Morzem Martwym, ale mało kto wie, że ten niewielki kraj na Bliskim Wschodzie jest też światowym liderem w produkcji mleka na jedną krowę. Przeciętna izraelska krowa daje rocznie około 12 000 litrów mleka - to wynik, który zostawia w tyle hodowców z Europy czy Stanów Zjednoczonych. Sekret tkwi w połączeniu nowoczesnej technologii, genetyki i surowego klimatu, który zmusza rolników do maksymalnej efektywności. W Izraelu od lat działa system automatycznego monitorowania zdrowia i żywienia bydła, a każda krowa ma swoją elektroniczną kartę, która śledzi jej ruch, apetyt i wydajność. To podejście, rodem z Doliny Krzemowej, sprawia, że izraelskie gospodarstwa mleczne są jednymi z najbardziej wydajnych na świecie.

Co ciekawe, mleczarstwo w Izraelu rozwijało się równolegle z budową państwa po 1948 roku, kiedy to pierwsi osadnicy z Europy przywieźli rasę holsztyńsko-fryzyjską. Szybko okazało się, że krowy te nie radzą sobie w suchym i gorącym klimacie, dlatego izraelscy naukowcy z instytutów rolniczych skrzyżowali je z lokalnymi rasami, odpornymi na upały. Tak powstała rasa izraelska holsztyn, która łączy w sobie wysoką mleczność z wytrzymałością. Dzisiaj, gdy w kraju jest tylko około 120 tysięcy krów mlecznych, ich łączna produkcja wystarcza nie tylko na pokrycie potrzeb 9 milionów Izraelczyków, ale też na eksport nowoczesnych technologii hodowlanych do Chin, Indii czy Afryki.

Warto przy okazji wspomnieć, że mleko w Izraelu ma też wymiar kulturowy i religijny. W judaizmie, chrześcijaństwie i islamie, które spotykają się w tym regionie, mleko i miód symbolizują dostatek i błogosławieństwo. W praktyce oznacza to, że kuchnia izraelska - znana z falafela, hummusu czy świeżych sałatek - opiera się na lokalnych nabiałach, takich jak labane, biały ser czy jogurty. Nawet w Jerozolimie czy Tel Awiwie znajdziesz bary mleczne serwujące koktajle z owocami i lodami, a na Wzgórzach Golan, gdzie klimat jest łagodniejszy, działa kilka małych serowarni rzemieślniczych. Mimo że Izrael to kraj, w którym najniższy punkt Ziemi - Morze Martwe - styka się z suchą pustynią, a najwyższy, góra Hermon, pokrywa się śniegiem, to właśnie w tej skrajności izraelscy rolnicy i naukowcy znaleźli receptę na rekordową wydajność.

Szabat winda, szabat piecyk i szabat telefon - jak technologia nagina się pod religijne zasady

Szabat w Izraelu to nie tylko dzień odpoczynku, ale prawdziwe wyzwanie logistyczne dla nowoczesnego państwa. Od zachodu słońca w piątek do sobotniego wieczoru religijne zasady zakazują wykonywania pracy, w tym naciskania przycisków, gaszenia świateł czy korzystania z elektroniki. I tu wkracza inżynieryjna pomysłowość, która nagina technologię tak, by służyła, ale nie łamała nakazów. W Jerozolimie i Tel Awiwie, szczególnie w dzielnicach zamieszkałych przez ortodoksyjnych Żydów, znajdziesz windy szabatowe. Działają w trybie automatycznym - zatrzymują się na każdym piętrze, otwierają i zamykają drzwi bez potrzeby dotykania guzika. Wsiadasz i czekasz, aż maszyna sama dowiezie cię na górę. Dla turysty to ciekawostka, dla mieszkańca codzienność.

Podobny trik stosuje się w kuchni izraelskiej. Szabatowy piecyk, czyli płytę grzewczą, ustawia się przed piątkowym zachodem słońca na niską temperaturę. Dzięki temu od rana masz ciepły czulent, czyli tradycyjny gulasz z fasoli i mięsa, który dusił się całą noc bez ingerencji człowieka. W nowoczesnych domach pojawiają się też inteligentne żarówki i gniazdka sterowane czasowo, które same zapalą światło o zmroku. Ale prawdziwym game changerem są aplikacje na smartfony. Wiele z nich działa w trybie szabatowym, gdzie interfejs upraszcza się do minimum, a przewijanie ekranu zastępuje się gestami, które nie wymagają dotykania ekranu w tradycyjny sposób. Są nawet specjalne telefony dla ortodoksów, które nie mają aparatu ani dostępu do internetu, za to obsługują połączenia głosowe i SMS-y.

To nie jest wyłącznie kwestia udogodnień, ale głęboko zakorzenionego kompromisu między religią a nowoczesnością. W kraju, gdzie judaizm miesza się z codziennym życiem, a armia i technologia idą w parze z tradycją, takie rozwiązania są koniecznością. Wyobraź sobie, że w sobotę nie możesz zapalić światła w łazience, ale możesz skorzystać z windy, która robi to za ciebie. Dla osoby z zewnątrz brzmi to absurdalnie, dla Izraelczyka to logiczny element układanki. I właśnie ta umiejętność łączenia pozornie sprzecznych światów - starożytnych zasad z Doliny Jordanu i najnowszych innowacji start-upów z Tel Awiwu - definiuje ten kraj. Szabat winda, szabat piecyk i szabat telefon to nie gadżety, ale dowód na to, że nawet najstarsze nakazy można przełożyć na język współczesności, nie tracąc przy tym ani krztyny z ich ducha.

Kuchnia izraelska to tygiel 120 diaspor - falafel z Iraku, szakszuka z Afryki Północnej i ciastka z Europy Wschodniej

Gdyby spróbować zamknąć izraelską kuchnię w jednym zdaniu, brzmiałoby ono tak: to smak 120 krajów na jednym talerzu. Nie ma tu jednej, jednolitej tradycji kulinarnej. Zamiast tego jest dziedzictwo Żydów, którzy przez wieki mieszkali od Jemenu po Maroko i od Iraku po Polskę. Wszystkie te wpływy zlały się w kraju, który ma zaledwie kilkadziesiąt lat, tworząc coś, czego nie znajdziesz nigdzie indziej na świecie.

Weźmy falafel. Dla wielu osób to symbol Izraela, ale tak naprawdę jego korzenie sięgają Egiptu i kuchni bliskowschodniej. W Izraelu jednak dostał drugie życie - stał się ulicznym jedzeniem numer jeden, podawanym w picie z hummusem, ogórkiem kiszonym i ostrym ambą. A potem jest szakszuka. To danie z jajek w sosie pomidorowym z papryką i kminkiem, które przywędrowało z Afryki Północnej, głównie z Tunezji i Libii. Dziś w Tel Awiwie czy Jerozolimie jada się ją na śniadanie, obiad i kolację, często z dodatkiem sera labneh i świeżej pity. Z kolei jeśli spojrzysz na izraelskie ciasta i desery, od razu poczujesz zapach Europy Wschodniej. Serniki, chałki, babki i ciasteczka z makiem - to wszystko przywiozły ze sobą babcie z Polski, Ukrainy czy Litwy.

Izraelczycy są dumni ze swojej kuchni nie bez powodu. W kraju, gdzie religia i kultura mieszają się na każdym kroku, jedzenie stało się językiem porozumienia. Żydzi z Jemenu przynieśli pastę z ziaren, którą dziś znasz jako hummus. Imigranci z Maroka wzbogacili stół o pikantne taginy i kuskus. A wszystko to opiera się na lokalnych produktach - świeżych warzywach z doliny Jordanu, cytrusach znad Morza Śródziemnego i oliwie z gajów na Wzgórzach Golan. Nawet armia ma tu swoją rolę - żołnierze z różnych diaspor wymieniają się domowymi przepisami, a potem te smaki trafiają do restauracji na ulicach Tel Awiwu.

Co ciekawe, izraelska kuchnia nieustannie ewoluuje. Współcześni szefowie kuchni sięgają do tradycji starożytnego Izraela, odtwarzając potrawy z biblijnych opowieści, ale robią to w nowoczesny sposób. Łączą na przykład kozicę z owocami granatu i tahini, a do tego dodają nuty z kuchni azjatyckiej. Dzięki temu kraj, który ma najniższy punkt na Ziemi w rejonie Morza Martwego i najwyższy na górze Hermon, oferuje też jedne z najbardziej zaskakujących smaków na świecie. Jeśli myślisz, że znasz izraelskie jedzenie, bo jadłeś falafel w swoim mieście - pomyśl jeszcze raz. Prawdziwa podróż zaczyna się dopiero wtedy, gdy spróbujesz go na miejscu, w środku tego kulinarnego tygla.

Pocztówka od autora

Tomasz Lewandowski

Redaktor podróżniczy - przewodniki, praktyczne porady i inspiracje na podróże życia.

Poznaj Tomasza
Tomasz Lewandowski