Przejdź do treści
Egzotyka

Lokalne smaki Szarm el-Szejk - co zjeść poza hotelem w 2026

Odkryj, co naprawdę warto zjeść w Szarm el-Szejk - od ulicznego falafela po wykwintnego homara. Poznaj najlepsze lokalne przysmaki i smaki Egiptu poza hotelem.

Pozdrowienia z: Egzotyka Par avion

Od falafela za 5 zł po homara na talerzu - co naprawdę jada się w Szarm el-Szejk

Kiedy myślisz o jedzeniu w Szarm el-Szejk, pierwsze skojarzenie pewnie pada na bufet w hotelu all inclusive. I faktycznie, większość turystów nie wychodzi poza kurtynę kurortu. To błąd, bo prawdziwa kuchnia egipska czeka tuż za bramą - na straganach, w zadymionych knajpkach i na targu, gdzie za kilka funtów dostajesz porcję smaku, której nie podrobi żaden szef kuchni w hotelu. Warto spróbować lokalnych specjałów, zanim zamkniesz się w kokonie wczasów.

Na początek klasyka, czyli koshary. To danie kosztuje dosłownie kilka złotych, a syci na cały dzień. Mieszanka ryżu, makaronu, soczewicy i ciecierzycy, polana ostrym sosem pomidorowym i posypana chrupiącą cebulką - brzmi prosto, ale smakuje jak objawienie. Jeśli wolisz coś lżejszego, postaw na falafela albo tamiję, czyli egipskie kotleciki z bobu. Na Naama Bay znajdziesz budki, gdzie dostaniesz je za 5 zł w bułce z sezamem i sałatką. Lepiej omiń sieciowe shawermy - prawdziwa shawarma w Szarm to ta, którą kroją z pionowego rożna na oczach klienta, z dodatkiem marynowanych warzyw i czosnkowego sosu.

Kiedy masz ochotę na coś bardziej wystawnego, kieruj się w stronę Old Market albo Soho Square. W restauracjach nad Morzem Czerwonym królują owoce morza - świeże, prosto z kutrów, które rano przybiły do brzegu. Zamów grilla z krewetkami, kalmarami i kawałkami ryby, doprawionego egipskimi przyprawami, takimi jak kminek, kolendra czy kumin. Ceny są zróżnicowane: zestaw dla dwóch osób z homarem i owocami morza to wydatek rzędu 200-300 zł, ale porcja krewetek w czosnku na bazarze kosztuje 30 zł i smakuje równie dobrze. Do tego koniecznie weź mulukhiyah - zieloną zupę z liści juty, która wygląda podejrzanie, a smakuje jak czosnkowy szpinak z nutą cytryny.

Na deser nie szukaj zachodnich ciast - w Egipcie króluje baklawa i kunafa. Baklawa to cienkie płatki ciasta przełożone orzechami i skropione syropem, słodkie jak grzech. Kunafa natomiast to serowe ciasto zapiekane z kremem i posypane pistacjami - idealne po pikantnym daniu z kofty czy mięsa jagnięcego. Jeśli trafisz na beduińską herbatę z miętą i cukrem, pij bez wyrzutów sumienia. W Szarm el-Szejk jedzenie to nie tylko paliwo - to opowieść o morzu, pustyni i ludziach, którzy wiedzą, jak wydobyć smak z prostych rzeczy.

Koshari, ful i taameya, czyli święta trójca egipskiego street foodu

W Sharm el-Szejk all inclusive kusi wygodą, ale jeśli zamkniesz się na hotelowy bufet, ominie cię to, co w Egipcie najlepsze - prawdziwe, uliczne jedzenie. Lokalną świętą trójcę stanowią koshary, ful medames i taameya (czyli egipski falafel). Koshary to miska pełna kontrastów: makaron, ryż, soczewica i ciecierzyca skąpane w ostrym sosie pomidorowym i posypane chrupiącą cebulką. Za talerz zapłacisz dosłownie kilka funtów, a smak jest tak sycący, że spokojnie zastępuje obiad. Różnica między koshary z budki na Old Market a wersją z turystycznej knajpy na Naama Bay jest taka, że ta pierwsza ma duszę i autentyczny, głęboki aromat przypraw.

Ful, czyli duszona bób z czosnkiem, cytryną i kuminem, to śniadanie egipskich taksówkarzy i robotników. Zjesz go zawinięty w cienki chleb baladi, często z dodatkiem jajka sadzonego. Taameya, robiona z bobu (nie z ciecierzycy jak w Libanie), jest lżejsza i bardziej zielona w środku. Na straganach w okolicy Soho Square czy w alejkach starego miasta szukaj też tamiji - to ten sam placek, tylko smażony w większej ilości oleju, przez co jest bardziej chrupiący.

Nie daj się zwieść pozorom, że street food w Egipcie to tylko wegetariańskie opcje. Na rożnach widać shawarmę z kurczaka lub wołowiny, a kofta, czyli mielone mięso z cebulą i pietruszką, podawana z tahiną, to jeden z najpopularniejszych dań mięsnych. Jeśli trafisz na lokalną knajpkę z grillem, koniecznie poproś o rybę z Morza Czerwonego - świeżość czuć w każdym kęsie, a cena jest o połowę niższa niż w restauracjach na Naama Bay. Do tego koniecznie weź mulukhiyah, gęstą zupę z liści juty o śliskiej konsystencji, która w Egipcie jest symbolem domowego gotowania. Na deser baklawa zalana miodem lub kunafa z ciągnącym się serem - słodycz, która kończy podróż smakiem w stylu beduińskim.

Dlaczego owoce morza w Naama Bay smakują inaczej niż nad Bałtykiem

Naama Bay to nie tylko deptak z pamiątkami i kluby nocne. To jedno z tych miejsc w Szarm el-Szejk, gdzie zapach jedzenia miesza się z suchym, pustynnym powietrzem, a smak ryb prosto z Morza Czerwonego nie ma nic wspólnego z tym, co znasz z polskiego Bałtyku. Różnica zaczyna się już na talerzu. Świeżość tutaj to nie chwyt marketingowy - łodzie z połowem przybijają do brzegu rano, a wieczorem te same krewetki, kalmary czy całe ryby grillują się na twoich oczach w nadmorskich restauracjach. W przeciwieństwie do Bałtyku, gdzie często jesz rybę mrożoną, tutaj dostajesz mięso jędrne, słodkawe i intensywnie pachnące morzem. Klucz tkwi też w przyprawach. Egipcjanie nie boją się mieszanki kminu, kolendry i czosnku, a do tego podają sos tahini albo ostry, zielony sos z papryki. To zupełnie inna szkoła smaku niż nasz masło i cytryna.

Jeśli trafisz na lokalny street food w okolicy Old Market, koniecznie spróbuj tamiji - to egipska wersja falafela, ale robiona z bobu, nie z ciecierzycy. Jest bardziej wilgotna, delikatniejsza i kosztuje jakieś 10-15 funtów za porcję. Dla porównania, w restauracjach na Naama Bay za danie z ryby zapłacisz od 150 do 300 funtów, ale to wciąż uczciwa cena za porcję, która nasyci dwie osoby. Popularny wybór wśród turystów to grillowana ryba z ryżem i sałatką - szef kuchni często sam doradzi, co dziś złowili. W Soho Square znajdziesz bardziej wystylizowane lokale, gdzie podają owoce morza w sosie pomidorowym z kuskusem, ale jeśli chcesz poczuć prawdziwą kuchnię egipską, idź do knajpek przy bocznych uliczkach, gdzie na ścianie wisi tylko ręcznie pisany jadłospis.

Warto też spróbować koshary - to danie, które zaskakuje prostotą, a smakuje jak żadne inne: makaron, ryż, soczewica, ciecierzyca i smażona cebulka, wszystko polane ostrym sosem pomidorowym i octem. Niby nic, a jednak turyści często wracają po dokładkę. Z kolei na deser kunafa albo baklawa - słodkie, ciągnące się sery pod chrupiącą skorupką z ciasta filo, zalane syropem różanym. Jeśli masz ochotę na coś bardziej mięsnego, shawarma z kurczaka w picie z dodatkiem frytek i ogórków kiszonych to klasyk, który znajdziesz na każdym rogu. Na koniec dnia, siedząc nad brzegiem morza w Naama Bay, z talerzem grillowanych krewetek i szklanką miętowej herbaty, zrozumiesz, dlaczego jedzenie w Egipcie to osobny rozdział twojej podróży - i dlaczego all inclusive w hotelu nie odda ci nawet połowy tych smaków.

Mięso z grilla po beduińsku - czego nie podadzą ci w hotelowym bufecie

W hotelach all inclusive w Szarm el-Szejk jedzenie zwykle jest bezpieczne i mdłe, doprawione tak, by nikogo nie urazić. Prawdziwa kuchnia egipska zaczyna się tam, gdzie kończy się bufet. Jeśli chcesz poczuć smak regionu, musisz wyjść poza bramę kurortu i poszukać miejsc, w których jedzą lokalni. W Naama Bay, na Old Market czy przy Soho Square znajdziesz restauracje serwujące mięso prosto z grilla, przyrządzane według beduińskich receptur. To nie jest to samo co grillowany kurczak z hotelowej patelni.

Beduińskie dania opierają się na prostocie i świeżości. Mięso - najczęściej jagnięcina, wołowina lub kurczak - marynuje się w jogurcie z dodatkiem czosnku, kolendry i kminu, po czym piecze na węglach. Popularne u nas kofty, czyli szaszłyki z mielonego mięsa z cebulą i pietruszką, kosztują na straganie kilka złotych, a smakują o niebo lepiej niż w hotelu. Warto spróbować też shawarmy z prawdziwego pionowego rożna - soczystej, z chrupiącą pitą i dużą ilością warzyw. Jeśli trafisz na lokal z tamiją, czyli egipską wersją falafela z bobu, nie przechodź obojętnie. Jest bardziej aromatyczna niż ta z ciecierzycy, a na miejscu podaje się ją prosto z frytkownicy.

W Szarm el-Szejk nie brakuje też owoców morza. Morze Czerwone to prawdziwy raj dla miłośników ryb i krewetek. W porcie lub na Old Market znajdziesz proste restauracje, gdzie wybierasz świeżą rybę z lodu, a oni grillują ją na twoich oczach. Do tego pieczone warzywa, ryż z kminem i sałatka z pomidorów. Ceny są zaskakująco niskie - za porządną porcję zapłacisz 30-50 zł. W hotelu za taki posiłek dopłaciłbyś do kolacji tematycznej, a tutaj dostajesz autentyczny smak i widok na morze.

Na deser warto spróbować kunafy - ciasta z cienkiego makaronu, nasączonego masłem i słodzonym syropem, z nadzieniem serowym lub orzechowym. Albo baklawy, która w Egipcie jest mniej przesłodzona niż w Turcji, za to bardziej maślana. To zupełnie inny poziom niż kawałki ciasta w hotelowym bufecie. Jeśli masz ochotę na coś lżejszego, sięgnij po mulukhiyah - zupę z liści juty, podawaną z ryżem i kawałkami kurczaka. Egipcjanie traktują ją jak comfort food, a ty przekonasz się, że warzywa też mogą być daniem głównym.

Restauracje, które wybierają lokalsi, a nie turyści z all inclusive

Siedzenie w hotelowym bufecie przez cały tydzień to jak zwiedzanie Egiptu przez szybę. Owszem, wszystko masz pod ręką, ale prawdziwy smak Szarm el-Szejk poznasz dopiero wtedy, gdy wyjdziesz poza bramę kurortu. Lokalsi rzadko stoją w kolejkach do restauracji przy Naama Bay czy Soho Square. Oni wiedzą, gdzie za kilka funtów dostaniesz koshary, które smakuje jak obiad u egipskiej babci, albo falafela, który nie jest suchym dyskiem, tylko chrupiącą, zieloną bombą smaku. Właśnie tam, w małych jadłodajniach na Old Market, znajdziesz tamiję - egipską wersję falafela z bobu, delikatniejszą i bardziej aromatyczną niż ta z ciecierzycy.

Jeśli myślisz, że owoce morza w Egipcie to tylko grillowana ryba w hotelu, to jesteś w błędzie. Nad Morzem Czerwonym świeżość złowionego tuńczyka czy krewetek poznasz po zapachu i konsystencji. W knajpkach, które wyglądają jakby stały tam od czasów budowy kanału sueskiego, dostaniesz talerz krewetek w czosnku za cenę, którą w turystycznej dzielnicy zapłaciłbyś za przystawkę. Szukaj miejsc, gdzie na wystawie leży lód, a pod nim całe ryby, nie filety. Pan powie ci, co dziś złowili, a kucharz przyprawi to tak, że poczujesz kmin, kolendrę i odrobinę ostrej papryki, ale nie zaleje smaku masłem ani śmietaną.

Na Old Market szukaj też ulicznego stoiska z shawarmą. Egipcjanie robią ją inaczej niż w Europie - mięso jest soczyste, marynowane w occie i przyprawach, a do środka pakują ogórki kiszone i ostrą pastę. To nie jest fast food, to rytuał. Jeśli masz odwagę, spróbuj mulukhiyah - zielonej zupy z liści juty, która wygląda jak szpinak po przejściu huraganu, ale smakuje jak nic innego na świecie. Podają ją z ryżem, królikiem albo kurczakiem. Beduiński chleb, pieczony na blasze, maczany w tej gęstej, czosnkowej brei, to jest właśnie to, czego nie dostaniesz w all inclusive.

Na deser nie szukaj tiramisu. Idź do piekarni, gdzie sprzedają kunafę - ciepły, serowy placek polany syropem, chrupiący z wierzchu, a w środku ciągnący jak mozzarella. Albo baklawę, która nie jest suchą kostką z orzechami, tylko wilgotną, miodową ucztą. Ceny? Za talerz koshary zapłacisz 20-30 funtów, za porcję krewetek na Old Market około 100-150 funtów, a za shawarmę z ulicy 15-25 funtów. To nie są kwoty, które zrujnują twój budżet, ale smak zostanie z tobą na dłużej niż opalenizna.

All inclusive a la carte - czy hotelowe restauracje tematyczne mają sens

All inclusive w Szarm el-Szejk kusi beztroską - jesz, pijesz, nie myślisz o rachunku. Ale po trzecim dniu bufetowego koshary i falafela zaczynasz łapać się na myśli, że chciałbyś czegoś więcej niż tylko gorącego mięsa z blachy. Hotelowe restauracje tematyczne, często nazywane a la carte, to właśnie odpowiedź na ten głód odmiany. W teorii brzmi świetnie: egipska noc, beduiński namiot albo owoce morza z widokiem na Morze Czerwone. W praktyce bywa różnie.

Sprawdź, co dokładnie oferują. Wiele hoteli w Naama Bay czy Soho Square ma osobne lokale, gdzie zjesz koftę, shawarmę albo świeżą rybę prosto z grilla. Problem w tym, że często menu jest takie samo jak w głównej restauracji, tylko podane na ładniejszym talerzu. Jeśli masz wybór, szukaj miejsc, które serwują dania, jakich nie znajdziesz przy bufecie: mulukhiyah, tamiję (egipską wersję falafela z bobu) albo kunafę na słodko. To właśnie te smaki, a nie kolejna porcja frytek, robią różnicę.

Z drugiej strony, nie daj się nabrać na marketing. Restauracja „beduińska” w hotelu to często tylko dekoracja z poduszek i parę kawałków kurczaka z rusztu. Prawdziwy street food i lokalne jedzenie znajdziesz poza bramą kurortu. Na Old Market w Szarm el-Szejk za kilka funtów kupisz świeży falafel, shawarmę z pieczywem baladi albo koshary, które smakuje lepiej niż w hotelu. Ceny są niskie, a autentyczność - wysoka. Jeśli masz ochotę na owoce morza, poszukaj małych knajpek nad samym morzem, gdzie ryba jest złowiona rano, a nie mrożona z magazynu.

Podróż do Egiptu to nie tylko leżak i basen. All inclusive daje wygodę, ale a la carte w hotelu warto traktować jako dodatek, a nie główne źródło kulinarnych wrażeń. Jeśli chcesz naprawdę poczuć kuchnię egipską, wyjdź poza resort. Spróbuj tamiji na śniadanie, zjedz warzywa z lokalnych targów i daj się zaskoczyć przyprawom, których nie znajdziesz w hotelowym menu. To właśnie te chwile, a nie kolejny placek z serem z bufetu, zapamiętasz na długo po powrocie.

Ceny jedzenia w 2026 roku - konkretne kwoty z targu, ulicy i knajp

W 2026 roku ceny jedzenia w Szarm el-Szejk wciąż są łaskawe dla portfela, ale różnica między budką z falafelem a klimatyczną restauracją na Naama Bay robi się wyraźna. Na ulicy za porcję koshary zapłacisz około 10-15 EGP, czyli jakieś 2-3 złote. To danie to esencja egipskiego street foodu: makaron, ryż, soczewica, ciecierzyca i pomidorowy sos z octem. Jeśli wolisz coś bardziej sycącego, shawarma z kurczakiem albo wołowiną kosztuje w przeliczeniu 8-12 zł. Na Old Market falafela (tutaj nazywanego tamiją) dostaniesz za 5-7 zł za kilka sztuk, a do tego świeże warzywa i pasta sezamowa.

W knajpach na Naama Bay ceny skaczą. Danie z grilla, na przykład kofta z wołowiny z ryżem i sałatką, to wydatek rzędu 80-120 EGP (15-25 zł). Owoce morza, za które Szarm słynie, bo leży nad Morzem Czerwonym, kosztują więcej. Grillowana ryba, np. świeży tuńczyk albo dorada, w porządnej restauracji przy plaży to 200-350 EGP (40-70 zł). Na Soho Square, gdzie atmosfera jest bardziej europejska, za to samo danie zapłacisz nawet 50% więcej. Lokalne przyprawy, jak kmin rzymski czy kolendra, nadają mięsu i rybom intensywny smak, który ciężko podrobić w all inclusive.

Beduińskie herbaty z miętą i słodkie wypieki, jak baklawa czy kunafa, to wydatek rzędu 20-40 EGP (4-8 zł) w herbaciarni przy Old Market. W turystycznych miejscach ceny są wyższe, ale jeśli zejdziesz w boczne uliczki, zapłacisz tyle, co Egipcjanie. Warto spróbować mulukhiyah - gęstej zupy z liści juty, podawanej z ryżem i kurczakiem. To danie rzadko trafia na menu all inclusive, a w lokalnych jadłodajniach kosztuje około 30 EGP. Pamiętaj: w knajpach bez widoku na morze i bez klimatyzacji ceny są o połowę niższe, a smak często lepszy.

Śniadanie po egipsku - co ląduje na talerzu przed 9 rano

W Sharm el‑Sheikh poranek ma smak sezamu i kminu. Jeśli myślisz, że śniadanie w Egipcie to tylko jajecznica z bufetu all inclusive, czeka cię niespodzianka. Wystarczy zejść z hotelowej ścieżki na Naama Bay czy w głąb Old Market, żeby poczuć prawdziwą kuchnię egipską od samego rana.

Największym hitem jest ful medames - duszona bób z czosnkiem, cytryną i odrobiną oliwy. Za miseczkę w lokalnej budce zapłacisz dosłownie kilka funtów, a smakuje o niebo lepiej niż w restauracji przy Soho Square. Do tego obowiązkowo chleb baladi - cienki, podpłomykowy, idealny do maczania. Jeśli wolisz coś lżejszego, zamów tamiję, czyli egipskiego falafela. Różni się od tego z Bliskiego Wschodu - jest bardziej zielony w środku, bo robi się go z suchej bobiku, nie z ciecierzycy. Świeży, chrupiący, podany z warzywami i tahini to śniadanie, które starcza do obiadu.

Warto spróbować także shakshuki - jajek w sosie pomidorowym z ostrą papryką i kminem. To danie, które znajdziesz zarówno na straganie ze street foodem, jak i w knajpce przy marinie w Sharm. Ciekawostką jest, że Egipcjanie często jedzą na śniadanie koshary - to niby makaron z ryżem i soczewicą, ale w słoneczne poranki nad Morzem Czerwonym ma zupełnie inny wymiar. Jeśli jednak szukasz czegoś mięsnego, poproś o koftę z grilla - jagnięcą lub wołową, doprawioną kolendrą i cynamonem. Beduiński przewodnik powie ci, że prawdziwy smak pustyni zaczyna się właśnie o świcie, kiedy mięso jest najświeższe.

Nie daj się zwieść hotelowemu bufetowi. Wyjdź przed 9, usiądź na plastikowym krześle przy ulicy i zamów to, co jedzą miejscowi. Za cały zestaw - ful, tamiję, chleb i herbatę - zapłacisz mniej niż za kawę w turystycznej kawiarni na Naama Bay. A smak przypraw z Morza Czerwonego zostanie z tobą na cały dzień.

Desery, które kleją się do zębów - od kunafy po om ali

Jeśli myślisz, że egipska kuchnia kończy się na koshary i falafelu, to jesteś w błędzie. Po ostrym, intensywnym smaku kofty czy mulukhiyah, podniebienie potrzebuje czegoś słodkiego i lepkiego. I tutaj właśnie wkraczają desery, które w Szarm el-Szejk znajdziesz zarówno w klimatycznych knajpkach na Old Market, jak i w bardziej eleganckich lokalach w okolicach Naama Bay czy Soho Square. To nie są zwykłe ciasta. To bomby cukrowe, które wymagają odrobiny odwagi i szczęki odpornej na klejenie.

Kunafa to numer jeden na liście. Zobaczysz ją wszędzie - od ulicznych straganów z street foodem po restauracje serwujące owoce morza, które na deser też mają coś lokalnego. To drobny makaron (lub kasza manna) zapiekany z serem, polany gęstym syropem cukrowym i często posypany pistacjami. Smakuje obłędnie, ale ostrzegam: ciągnie się jak guma do żucia. Jeśli trafisz na dobrą kunafę, poczujesz kontrast między chrupiącą skorupką a ciągnącym, słonym serem. Kosztuje zwykle od 30 do 50 funtów egipskich za porcję, więc to jedna z tańszych przyjemności.

Drugi hit to om ali, czyli egipski budyń chlebowy. Znajdziesz go w wielu miejscach, ale najlepiej smakuje w wersji przygotowanej przez lokalnych kucharzy, zwłaszcza poza turystycznymi enklawami. To zapiekanka z ciasta francuskiego (lub chleba), mleka, śmietany, orzechów i rodzynek. Jest gęsta, słodka i rozgrzewająca. W przeciwieństwie do kunafy nie klei się do zębów, ale syci na długo. Często podaje się ją z łyżką zimnej śmietany - to połączenie, które uratuje cię po ostrym curry czy grillowanej rybie z Morza Czerwonego.

Nie zapomnij też o baklawie, chociaż ta jest bardziej znana z kuchni tureckiej. Egipska wersja bywa mniej przesłodzona i bardziej orzechowa. W Szarm el-Szejk kupisz ją na sztuki w cukierniach w okolicy Naama Bay. Z kolei na Old Market trafisz na placki z miodem i sezamem, które sprzedawcy wyciągają prosto z pieca. Jeśli masz ochotę na coś lżejszego, spróbuj tamiji - to smażone placki z bobu, które są wytrawne, ale doskonale balansują słodki finał posiłku. W przewodnikach często piszą, że warto spróbować wszystkiego, ale prawda jest taka: kunafa i om ali to desery, które naprawdę zostają w pamięci. I między zębami.

Co pić i czego nie pić, czyli woda, soki z trzciny i pułapki z lodem

Woda w Szarm el-Szejk to temat, który dzieli turystów na tych, którzy wrócili zdrowi, i tych, którzy spędzili część urlopu w hotelowej łazience. Z kranu pić nie wolno - to żadna tajemnica. Egipska woda wodociągowa jest silnie chlorowana i pełna bakterii, z którymi twój żołądek nie ma szans wygrać. Nawet mycie zębów lepiej robić wodą butelkowaną, podobnie jak płukanie szczoteczki. W marketach i małych sklepikach w Naama Bay czy przy Old Market znajdziesz 1,5-litrową butelkę za około 5-10 funtów egipskich, czyli jakieś 1-2 złote. Na dłuższych wycieczkach poza kurort warto mieć zapas ze sobą, bo sprzedawcy przy drogach często oferują wodę z niewiadomego źródła.

Jeśli chcesz spróbować czegoś lokalnego i orzeźwiającego, postaw na sok z trzciny cukrowej. Na straganach w Sharm el-Sheikh wyciskają go na twoich oczach - zielone łodygi wchodzą do maszyny, a z kranika leci słodki, lekko trawiasty napój. Kosztuje zwykle 5-10 funtów, ale uwaga: lód, który sprzedawca wrzuca do szklanki, pochodzi z wodociągu. Poproś o sok bez lodu albo sprawdź, czy lód jest z wody butelkowanej. To samo dotyczy wszystkich drinków w barach i restauracjach - kostki lodu w street foodzie, w sokach z mango czy limonki to najczęstsza przyczyna problemów żołądkowych u turystów.

W hotelach all inclusive woda pitna jest bezpieczna, bo pochodzi z dużych, filtrowanych zbiorników. Ale już w małych knajpkach przy plaży w Naama Bay czy na Soho Square lepiej zamawiać napoje bez lodu. Popularne egipskie napoje, jak karkade (herbata z hibiskusa) czy anyżówka, serwowane są na gorąco - to bezpieczny wybór. Jeśli skusisz się na shawarmę lub koshary z budki na Old Market, weź własną butelkę i popijaj z niej. Unikniesz wtedy niespodzianek, które mogą zepsuć resztę podróży. W Egipcie lepiej dmuchać na zimne, dosłownie i w przenośni.

Pocztówka od autora

Tomasz Lewandowski

Redaktor podróżniczy - przewodniki, praktyczne porady i inspiracje na podróże życia.

Poznaj Tomasza
Tomasz Lewandowski
Następny przystanek · Wakacje Nad Morzem

Ciche plaże na majówkę 2026-15 sprawdzonych pomysłów

Czytaj