Albania na skróty: co zaskakuje Polaków zaraz po przekroczeniu granicy
Albania jeszcze kilka lat temu omijana była nawet przez zaprawionych w podróżach turystów. Dziś wystarczy przekroczyć jej granicę, by zrozumieć, skąd to nagłe zainteresowanie. Od razu rzuca się w oczy chaos - nowe apartamentowce stoją obok betonowych bunkrów z czasów komunizmu, a ulicami Tirany suną zdezelowane mercedesy wymieszane z elektrycznymi hulajnogami. To właśnie ten kontrast robi największe wrażenie. Albańczycy są otwarci i pomocni, ale nie nachalni - w restauracjach nikt nie zagląda ci co chwila przez ramię, a kelner raczej poczeka, aż sam skiniesz. Większość młodych ludzi mówi po angielsku, starsi dogadują się po włosku, bo przez lata oglądali włoską telewizję. Sam język albański brzmi obco i melodyjnie, ale nie musisz się go uczyć - wystarczy „faleminderit” (dziękuję), żeby wywołać uśmiech.
Jeśli chodzi o sprawy praktyczne, Albania zaskakuje na plus. Od 2024 roku obowiązującą walutą jest euro, choć w obiegu wciąż krąży stary lek - przyjmą ci go bez problemu, ale resztę dostaniesz w euro. Dokumenty? Wystarczy dowód osobisty lub paszport, wiza nie jest potrzebna. Ubezpieczenie zdrowotne to podstawa - nie dlatego, że jest niebezpiecznie, ale publiczna służba zdrowia działa słabo, a prywatne wizyty kosztują grosze. Bezpieczeństwo stoi na wysokim poziomie, kieszonkowcy zdarzają się rzadziej niż w Barcelonie, a samotna podróż po górach i wybrzeżu to norma. Pogoda bywa kapryśna - latem upały sięgają 40 stopni, a w górach nawet w lipcu zdarza się chłodny wieczór. Najlepiej sprawdzić prognozę przed wyjazdem, bo deszcz potrafi zalać plażę w Sarandzie w kwadrans.
Na liście atrakcji króluje Blue Eye - źródło o intensywnie błękitnej wodzie, które robi wrażenie nawet na osobach, które widziały setki jezior. Riwiera albańska to plaże, które spokojnie mogą konkurować z chorwackimi, tylko że za leżak zapłacisz 5 euro, a nie 20. Warto zajrzeć do Gjirokastry, miasta z listy UNESCO, gdzie wąskie uliczki pachną świeżym chlebem, a w kamiennych domach mieszkają ludzie, nie muzealne eksponaty. Durrës kusi starożytnym amfiteatrem, ale prawdziwą duszę Albanii poznasz, siadając na ławeczce w Tiranie i obserwując, jak miasto żyje własnym rytmem. Pamiątki? Lokalne oliwy, raki (mocny trunek) albo ręcznie tkane dywany - unikaj masowych straganów przy plaży, lepiej kupić od starszej pani na bazarze. Jedzenie to osobny rozdział: byrek ze szpinakiem, grillowane mięsa i sałatka po albańsku z ogórkiem, pomidorem i serem - proste, tanie i sycące.
Gotówka to podstawa - jak nie dać się zaskoczyć albańskiemu podejściu do płatności
W Albanii wciąż króluje gotówka i warto się na to przygotować, zanim wyjedziesz. Mimo że w Tiranie, Sarandzie czy Durrës coraz więcej hoteli i restauracji akceptuje karty, to na plażach, w górskich wsiach czy przy lokalnych pamiątkach zapłacisz tylko lekami. Walutą jest albański lek, ale w praktyce na riwierze albańskiej bez problemu dogadasz się też w euro - zwłaszcza przy wynajmie leżaków, wycieczkach łodzią do Blue Eye czy jedzeniu w nadmorskich knajpkach. Uważaj tylko na kurs, bo przelicznik na euro bywa tam znacznie gorszy niż w kantorze.
Przed podróżą wymień pieniądze w Polsce albo od razu w Albanii - kantory w Tiranie i Sarandzie dają przyzwoite stawki, a bankomaty znajdziesz bez problemu w każdym większym mieście. Gorzej z mniejszymi miejscowościami w górach czy nad jeziorami, gdzie bankomat to rzadkość. Lepiej mieć przy sobie zapas gotówki na kilka dni, zwłaszcza jeśli planujesz zwiedzać Gjirokastrę, parki narodowe albo jechać własną rękę w głąb kraju. Albańczycy są gościnni, ale przy płatności kartą w małym sklepie czy na targu często wzruszą ramionami.
Co do bezpieczeństwa - Albania to generalnie bezpieczny kraj, ale jak wszędzie na Bałkanach, nie afiszuj się grubym plikiem banknotów. Trzymaj pieniądze w kilku miejscach, część w kieszeni, resztę w schowku w plecaku. W razie kradzieży przyda się ubezpieczenie podróżne, ale spokojnie - na co dzień nikt cię nie okradnie na ulicy. Albańczycy są raczej pomocni i uczciwi, a w razie problemów z płatnością chętnie dogadają się z tobą po angielsku albo na migi.
Pamiętaj też, że w Albanii nie musisz mieć wizy - wystarczy paszport lub dowód osobisty. Ale jeśli jedziesz na dłużej niż 90 dni, lepiej sprawdź aktualne przepisy. I jeszcze jedno: w Tiranie i nad morzem klimat sprzyja całorocznym wyjazdom, ale w górach pogoda bywa kapryśna, więc gotówka na ciepłe posiłki w schronisku to podstawa. Nie daj się zaskoczyć - lek w kieszeni to twój klucz do swobody na albańskiej riwierze.
Transport, który uczy cierpliwości - furgony, brak rozkładów i inne uroki lokalnej komunikacji
Transport w Albanii to osobna lekcja pokory i elastyczności. Jeśli przywykłeś do szwajcarskiej punktualności, przygotuj się na całkiem inne tempo. Głównym kręgosłupem komunikacji między miastami są furgony - prywatne busy, które wyruszają, kiedy kierowca uzna, że zebrała się wystarczająca liczba pasażerów. Nie ma sztywnych rozkładów, a przystanki często oznaczają po prostu kawałek chodnika na obrzeżach miasta. W Tiranie główny dworzec dla takich busów znajduje się na północy, w okolicy starego dworca kolejowego, ale w mniejszych miejscowościach, jak Saranda czy Durrës, po prostu pytasz lokalnych, gdzie stają furgony na dany kierunek. To system nieidealny, ale działa i pozwala dotrzeć nawet do miejsc, które ominęły standardowe linie autobusowe.
Podróżując własną rękę, szybko zauważysz, że cierpliwość to jedyne paliwo, którego nie zabraknie. Furgon rusza dopiero wtedy, gdy jest pełny, co może oznaczać 20 minut lub dwie godziny czekania. Na trasie kierowca zatrzymuje się na każdym przystanku, często podwożąc lokalnych mieszkańców z siatami warzyw czy workami cementu. Zamiast się denerwować, potraktuj to jak okazję do obserwacji codziennego życia Albańczyków. Na trasie z Tirany do Gjirokastry miniesz winnice, górskie serpentyny i małe wioski, gdzie furgon to często jedyne połączenie ze światem. Co ważne - ceny są stałe, ale warto mieć przy sobie drobne w lekach, bo kierowcy rzadko mają resztę z banknotów 50 euro.
Jeśli planujesz zwiedzać riwierę albańską, od Sarandy po plaże w okolicach Ksamilu, polecam wynająć skuter lub samochód. Lokalne busy kursują, ale latem bywają przeładowane, a klimatyzacja to luksus. W górach, na przykład w okolicach jeziora Koman czy w kierunku Valbony, furgony jeżdżą rzadziej, często tylko raz dziennie. W takich miejscach lepiej dogadać się z miejscowym kierowcą taksówki na konkretną trasę albo dołączyć do organizowanej wycieczki. Pamiętaj, że albańskie drogi, zwłaszcza te górskie, potrafią być wąskie i pełne dziur, więc podróż z Tirany do Blue Eye może zająć więcej, niż pokazuje mapa Google. To jednak część uroku - widoki i brak masowej turystyki wynagradzają każdą minutę spędzoną w busie bez klimy.
Dlaczego kranówka na południu to rosyjska ruletka i gdzie szukać wody pitnej
Wbrew pozorom to nie jedzenie ani komunikacja są największym wyzwaniem dla turysty w Albanii, tylko woda z kranu. Na południu kraju, zwłaszcza w rejonie Sarandy, Ksamilu i wzdłuż Riwery Albańskiej, kranówka ma status lokalnej ruletki. Woda jest tam często mętna, ma specyficzny posmak chloru albo po prostu pochodzi z przydomowych ujęć, których nikt regularnie nie bada. Albańczycy sami jej nie piją - i to powinno być dla ciebie wystarczającą wskazówką. W Tiranie czy Durrës sytuacja bywa lepsza, ale wciąż zdarzają się dni, gdy ciśnienie spada, a rury dostarczają brązową zawiesinę.

Praktyczne rozwiązanie jest proste: zapomnij o kranie i postaw na butelki. W każdym supermarkecie, żabce czy nawet małym wiejskim sklepiku znajdziesz wodę mineralną za jakieś 30-50 leków (czyli 1,20-2 zł za 1,5 litra). W kurortach nad morzem ceny rosną, ale nadal to grosze. Jeśli jedziesz własną rękę i planujesz dłuższy pobyt, warto mieć w bagażniku zapas 5-litrowych baniaków - kosztują około 100 leków i starczają na dwa dni. Na trekking w góry, na przykład w okolice Jezior czy w kierunku Blue Eye, zabieraj wodę z wyprzedzeniem, bo źródła w górach są piękne, ale nie masz pewności, co pije z nich miejscowa owca.
Restauracje w Sarandzie, Durrës czy Gjirokastrze serwują wodę butelkowaną bez pytania - to standard. Jeśli jednak trafisz na lokal, gdzie kelner nalewa ci szklankę z dzbanka, uprzejmie poproś o butelkę. Albańczycy nie obrażą się za taką ostrożność, sami robią to samo. Pamiętaj też, że w upały, gdy temperatura na wybrzeżu przekracza 35 stopni, odwodnienie przychodzi szybko - a woda z niepewnego źródła to ostatnie, czego potrzebujesz przed wejściem na plażę albo do zwiedzania zabytków UNESCO.
Między riwierą a bunkrami - jak nie zwariować, wybierając bazę noclegową
Albania to kraj skrajności - z jednej strony lazurowe wody Riwiery Albańskiej i piaszczyste plaże w okolicach Sarandy czy Durrës, a z drugiej surowe góry, jeziora i betonowe bunkry rozsiane po całym kraju, które przypominają o komunistycznej przeszłości. Wybór bazy noclegowej potrafi przyprawić o ból głowy, bo trudno pogodzić leniwe popołudnia na plaży z wyprawą do Gjirokastry czy nad źródło Blue Eye. Jeśli planujesz podróż własną rękę, spójrz na mapę i zastanów się, co chcesz robić naprawdę, a nie co widzisz na instagramowych zdjęciach.
Tirana jako baza ma sens, jeśli interesuje cię miasto, muzea i klimatyczne knajpy z lokalnym jedzeniem, ale na plażę musisz jechać godzinę. Z kolei Saranda to idealny punkt wypadowy na południe - stąd blisko do Blue Eye, ale i promem na Korfu. Jeśli wolisz górskie widoki i spokój, postaw na okolice jezior w północnej Albanii albo Gjirokastrę, gdzie wąskie uliczki i kamienne domy robią wrażenie. Pamiętaj, że riwiera albańska w sezonie potrafi być zatłoczona, a ceny w restauracjach przy plaży szybko rosną.
Sprawa dokumentów i bezpieczeństwa jest prosta - jako obywatel UE wjeżdżasz na dowód osobisty lub paszport, wiza nie jest potrzebna. Waluta to lek, ale w wielu miejscach przyjmą euro, zwłaszcza przy większych transakcjach. Ubezpieczenie warto mieć, bo służba zdrowia nie stoi na poziomie polskiej, a ratunek w górach może kosztować. Pogoda? Od maja do października jest ciepło, ale w górach noce bywają chłodne. Albańczycy są gościnni, religia nie rzuca się w oczy, a język albański to łamigłówka - angielski działa w turystycznych miejscach, ale poza nimi przyda się kilka słów po albańsku. Pamiątki kupisz w Tiranie i Sarandzie, ale najlepsze jedzenie znajdziesz w małych rodzinnych restauracjach, z dala od głównego deptaku.
Kanun, gościnność i kawa - trzy filtry, przez które zrozumiesz Albańczyków
Jeśli chcesz zrozumieć Albańczyków, musisz poznać trzy rzeczy, które kształtują ich codzienność bardziej niż przewodniki turystyczne. Pierwsza to Kanun, czyli średniowieczny kodeks prawa zwyczajowego, który w odległych górskich wioskach wciąż funkcjonuje jako niepisany regulator życia. Mówi o honorze, gościnności i krwawej zemdzie, ale w praktyce dla turysty oznacza jedno: jeśli zostaniesz zaproszony do domu, traktuje się cię jak członka rodziny. Odmowa kawy czy posiłku może być odebrana jako obraza, a już na pewno nie wypada pytać o cenę noclegu, gdy ktoś sam ci go proponuje. To nie grzeczność, to głęboko zakorzeniony kod kulturowy.
Drugi filtr to gościnność, która w Albanii ma konkretną formę - nie jest wyuczona, tylko naturalna jak oddychanie. Na Riwierze Albańskiej, w Sarandzie czy w górach wokół Gjirokastry przekonasz się, że ludzie podchodzą do ciebie na ulicy, żeby spytać, skąd jesteś i czy potrzebujesz pomocy. W Durrës czy Tiranie starsi Albańczycy mogą zaprosić cię na rakiję bez okazji. I tu pojawia się trzeci element - kawa. Picie kawy to w Albanii rytuał, który może trwać godzinami. Nie chodzi o kofeinę, tylko o bycie razem. W kawiarniach na głównych placach miast, od stolicy po małe wioski nad jeziorami, zobaczysz mężczyzn i kobiety siedzących przy stolikach, dyskutujących, czasem głośno, ale bez agresji.
To wszystko ma swoje korzenie w trudnej historii - latach komunizmu, izolacji i biedy, które sprawiły, że Albańczycy nauczyli się polegać na sobie nawzajem. Dziś, gdy podróżujesz własną rękę po Bałkanach, szybko zauważysz, że w Albanii relacje międzyludzkie są ważniejsze niż pieniądze. Przed podróżą warto więc wiedzieć, że twoje nastawienie - otwartość i szacunek - otworzy ci drzwi, których nie znajdziesz w żadnym przewodniku. Bo w kraju, gdzie ludzie pamiętają czasy, gdy nie wolno było mówić swobodnie, gościnność stała się formą oporu i tożsamości.
Co naprawdę ląduje na talerzu - od byreka o świcie po późną kolację z raki
Albańska kuchnia to nie tylko jedzenie, to rytuał, który zaczyna się o świcie. Gdy w Tiranie czy Sarandzie budzą się piekarnie, powietrze wypełnia zapach świeżego byreka - cienkiego ciasta filo nadziewanego serem, szpinakiem lub mięsem. Za 50-100 leków (czyli jakieś 2-4 zł) dostajesz porcję, która wystarczy na solidne śniadanie. I to właśnie byrek, a nie kanapka, jest prawdziwym street foodem Albanii. Wypijasz do tego małą, czarną kawę po turecku i ruszasz w stronę plaży lub gór.
W porze obiadowej, zwłaszcza na riwierze albańskiej w okolicach Durrës czy Blue Eye, królują owoce morza. Mule z okolic Szkodry, grillowane kalmary albo ryba z rusztu - ceny w restauracjach przy plaży są o połowę niższe niż w Chorwacji czy Grecji. Obiad za dwoje z winem i przystawkami to wydatek rzędu 40-60 zł. Albańczycy nie spieszą się przy stole. Posiłek to pretekst do rozmowy, a kelner nie przyniesie rachunku, dopóki sam o to nie poprosisz. To ważna informacja praktyczna, jeśli przywykłeś do szybkiej obsługi w Polsce.
Wieczorem w Gjirokastrze, mieście UNESCO, albo w górskich wsiach, jedzenie nabiera innego wymiaru. Tavë kosi - zapiekanka z jagnięciną i jogurtem - albo speca me gjizë (papryka faszerowana twarogiem) to dania, które smakują lepiej w kamiennych karczmach niż w nowoczesnych knajpach w stolicy. Do tego obowiązkowo raki, czyli lokalna wódka winogronowa. Pamiętaj tylko, że Albańczycy piją ją małymi łykami, często na zdrowie i z toastem „gëzuar”. Jeśli nie pijesz alkoholu, zamów dhallë - orzeźwiający napój na bazie jogurtu. Unikaj za to picia wody z kranu poza większymi miastami - lepiej kupić butelkowaną za 30 leków.
Własną ręką najlepiej smakują pamiątki kulinarne: oliwa z oliwek z okolic Beratu, miód z gór Północnej Albanii albo lokalne sery. Nie szukaj ich w supermarketach w Tiranie - jedź na targ w Krui lub w Korczy. I nie daj się zwieść pozorom: albańskie jedzenie na plaży bywa przeciętne, ale 20 km w głąb lądu, w rodzinnej restauracji bez szyldu, dostaniesz obiad, który zapamiętasz na lata.
Plaże, które wyglądają jak z folderu i te, których folder nie pokaże - gdzie pływać bez tłumów
Riwiera Albańska to jedno z tych miejsc na Bałkanach, które jeszcze kilka lat temu znało niewielu, a dziś zbiera coraz lepsze recenzje od podróżników szukających czegoś więcej niż zatłoczone Chorwacja czy Grecja. Wybrzeże ciągnie się tu od Sarandy na południu aż po Durrës na północy, a woda w Morzu Jońskim i Adriatyku potrafi być tak przejrzysta, że bez problemu dostrzeżesz własne stopy na głębokości kilku metrów. Najbardziej znane plaże, jak Ksamil czy plaża w Sarandzie, latem bywają pełne turystów, ale wystarczy oddalić się kilkanaście kilometrów od głównych kurortów, żeby trafić na odcinki zupełnie puste, gdzie za jedyny dźwięk robi szum fal i cykady.
Jeśli szukasz miejsca bez tłumów, koniecznie skieruj się w stronę południowego wybrzeża, między Sarandą a Himarą. Tam znajdziesz małe, żwirowe zatoczki, do których prowadzą wąskie, polne drogi, a czasem trzeba nawet przejść kawałek pieszo. Plaże jak Gjiri i Manastir to perełki, o których nie przeczytasz w standardowych folderach biur podróży. Woda jest chłodniejsza, bo głębokość szybko rośnie, ale za to masz ją prawie na własność. W Himarze z kolei znajdziesz dłuższe odcinki, gdzie można rozłożyć ręcznik bez obawy, że ktoś nadepnie na krawędź.
Nie zapominaj też o jednym z najbardziej niezwykłych miejsc na albańskim wybrzeżu - Blue Eye, źródło krasowe o intensywnie niebieskiej barwie, które wygląda jak zaczarowane. To nie plaża w typowym sensie, ale punkt obowiązkowy na trasie każdego, kto docenia unikalne krajobrazy. Woda ma tu stałe 10 stopni Celsjusza, więc raczej nie kąpiel, ale widok robi piorunujące wrażenie. W okolicy Sarandy znajdziesz też plaże, które łączą piaszczyste dno z dziką roślinnością i widokiem na grecką Korfu - wystarczy przepłynąć promem, a już jesteś w innym kraju.
Praktyczna rada: jeśli planujesz wakacje własną rękę, najlepiej wynająć samochód w Tiranie lub Sarandzie. Albańskie wybrzeże mało kto zwiedza autobusem, bo wiele urokliwych zatoczek jest po prostu nieosiągalnych komunikacją publiczną. Pamiętaj też, że w sezonie (lipiec - sierpień) ceny noclegów w popularnych miejscach jak Durrës czy Saranda rosną nawet o połowę, ale poza sezonem znajdziesz kwatery za 30-40 euro za noc. A jeśli szukasz spokoju, wrzesień to idealny moment - morze wciąż ciepłe, a plaże pustoszeją.
Gdy asfalt się kończy - co musisz wiedzieć, zanim ruszysz w góry na północy
Gdy asfalt się kończy, zaczyna się prawdziwa Albania. Na północy kraju, w górach Przeklętych, drogi potrafią zaskoczyć nawet doświadczonych kierowców. Ostatnie kilometry do Valbony czy Thethu to często szuter, kamienie i ostre zakręty. Jeśli planujesz podróż własną rękę, nie licz na idealną nawierzchnię. Lepiej sprawdzi się samochód z napędem na cztery koła, a w deszczu lepiej odpuścić sobie jazdę po zmroku. Miejscowi mówią, że drogi są tu „albańskie” - niby są, ale trzeba wiedzieć, jak je pokonać.
Zanim wyruszysz w góry, sprawdź prognozę pogody. W lipcu i sierpniu w Valbonie bywa ponad 30 stopni, ale w wyższych partiach zdarzają się burze. Jesienią i wiosną deszcz potrafi zmyć szlak, więc buty trekkingowe to podstawa. W Theth warto zarezerwować nocleg z wyprzedzeniem - w sezonie guesthouse’y szybko się zapełniają. Ceny są niskie, w okolicach 30-40 euro za pokój z wyżywieniem, ale standard bywa surowy: zimna woda, wspólna łazienka. To nie kurort, tylko góry, i trzeba to zaakceptować.
Nie zapomnij o gotówce. W dolinach Valbony i Thethu bankomaty to rzadkość, a kartą płacisz tylko w większych pensjonatach. Lek albański to oficjalna waluta, ale euro też bywa akceptowane - szczególnie przy płatnościach za noclegi. W górskich wioskach nikt nie mówi po angielsku, więc podstawowe zwroty po albańsku, jak „faleminderit” (dziękuję) czy „sa kushton” (ile kosztuje), otworzą wiele drzwi. Albańczycy są gościnni, ale cenią, gdy turysta choć próbuje.
Bezpieczeństwo w górach to kwestia zdrowego rozsądku. Szlaki są słabo oznaczone, a mapa offline w telefonie to must-have. Nie licz na ratunek z powietrza - helikopter wzywa się tylko w nagłych przypadkach. Lepiej wcześniej kupić ubezpieczenie z opcją transportu medycznego. W Theth i Valbonie działa kilka punktów informacji turystycznej, ale ich godziny otwarcia bywają płynne. Jeśli nie czujesz się pewnie, wynajmij lokalnego przewodnika - to koszt około 50-70 euro za dzień, a gwarantuje, że nie zgubisz się wśród wapiennych skał i bukowych lasów.
Twój telefon i karty SIM - jak ogarnąć internet, żeby nie wrócić z roamingowym długiem
Zanim wyruszysz na albańskie wybrzeże albo w góry, warto pomyśleć o tym, jak będziesz łączyć się z siecią. Albania nie należy do Unii Europejskiej, więc standardowe zasady roamingu „jak w domu” tu nie działają. Twoja polska karta SIM włączy ci kosztowny roaming po stawkach spoza UE - za kilka megabajtów możesz zapłacić kilkanaście złotych, a za tydzień na plażach Sarandy czy podczas zwiedzania Tirany zrobić rachunek na setki.
Najprostszym rozwiązaniem jest kupno lokalnej karty SIM na lotnisku w Tiranie albo w jednym z licznych sklepów z telefonami w Durrës czy Sarandzie. Operatorzy tacy jak Vodafone Albania czy One Albania oferują pakiety danych za około 5-10 euro (20-40 zł) na 10-30 dni z kilkadziesiąt gigabajtów internetu. To wystarczy, żeby ogarnąć mapy w Blue Eye, sprawdzić pogodę nad Riwierą Albańską i wrzucić zdjęcia z Gjirokastry. Pamiętaj tylko, że przy zakupie często poproszą cię o paszport - to standardowa procedura, więc noś dokument przy sobie.
Jeśli nie chcesz zmieniać karty, możesz przed wyjazdem kupić eSIM od międzynarodowych dostawców (np. Airalo, Holafly). To wygodna opcja, bo nie musisz szukać sklepu po przylocie - instalujesz aplikację, skanujesz kod i masz internet od razu po wylądowaniu. Kosztuje to zwykle 20-40 zł za tydzień, ale uwaga: nie dostaniesz albańskiego numeru telefonu. To akurat nie problem, bo do zamawiania jedzenia w restauracjach w Tiranie czy kontaktu z hostelem w Durrës wystarczy Messenger lub WhatsApp.
Na koniec dwie praktyczne rady. Po pierwsze, nie polegaj na darmowych Wi-Fi w kawiarniach na wybrzeżu - bywają zawodne i mało bezpieczne. Po drugie, przed wyjazdem sprawdź w swoim polskim operatorze, czy nie ma oferty specjalnej na Bałkany (czasem da się dokupić pakiet za 30-50 zł). Jeśli jedziesz własną rękę i planujesz dużo szukać po górach albo nad jeziorami, lokalna karta SIM to najpewniejszy sposób, żeby nie wrócić z długiem i mieć zasięg tam, gdzie kończy się cywilizacja.