Przejdź do treści
Europa

Barcelona Co Zjeść - 10 Najlepszych Tapas I Lokalnych Przysmaków

Odkryj 10 najlepszych tapas i lokalnych przysmaków w Barcelonie. Sprawdź, gdzie zjeść smacznie i nie przepłacić w turystycznych pułapkach.

Explore a vibrant tapas bar in Barcelona with a wide selection of pinchos on display. Pozdrowienia z: Europa Par avion

Ile kosztuje tapas w Barcelonie i jak nie przepłacić za widok na Sagradę Familię

Tapas w Barcelonie to gra w podchody z cenami. Na głównych turystycznych ciągach, szczególnie tych z widokiem na Sagradę Familię albo przy La Rambli, za małe porcje zapłacisz 5-8 euro. Rachunek za trzy-cztery sztuki i drinka bez problemu dobije do 40 złotych. W dzielnicach takich jak El Born, Eixample czy w okolicach Barcelonety znajdziesz bary, gdzie ceny są o połowę niższe, a jakość wyższa. Klucz tkwi w tym, żeby omijać miejsca z menu w trzech językach i kelnerami stojącymi przed wejściem - to zawsze sygnał, że płacisz za lokalizację, a nie za jedzenie.

Prawdziwa kuchnia katalońska opiera się na prostych, ale wyrazistych składnikach. Pan con tomate, czyli chleb nacierany dojrzałymi pomidorami i skrapiany oliwą, to absolutna podstawa i kosztuje zwykle 2-3 euro. Do tego warto wziąć patatas bravas z sosem aioli i ostrym romesco, które w dobrym miejscu będą chrupiące i doprawione z głową, a nie tylko polane czymś z puszki. Jeśli masz ochotę na owoce morza, szukaj esqueixady - to sałatka z dorsza, cebuli i oliwek, idealna na lato, albo pulpo (ośmiornica) podawana na ziemniakach z papryką. Unikaj paelli w turystycznych knajpach, bo często jest odgrzewana i sucha - prawdziwą robią na zamówienie, najlepiej w okolicach Barcelonety, gdzie rybacy dostarczają świeże krewetki i kalmary.

Wśród tapas warto spróbować też bombas - kulki ziemniaczane nadziewane mięsem i smażone, podawane z ostrym sosem, oraz croquetas, które w Katalonii często mają nadzienie z jamón serrano albo grzybów. Dla odważnych pimientos de padrón - małe, zielone papryczki, z których część jest pikantna, a reszta łagodna - to taka ruletka smakowa na talerzu. Do tego kieliszek cava lub lokalnego wina, a za całość zapłacisz w normalnym barze 20-25 euro za dwie osoby. Jeśli jesteś w okolicy Mercado de la Boqueria, pamiętaj, że za ladą ceny są wyższe, a lepiej usiąść w bocznych uliczkach, gdzie te same dania serwują po normalnych stawkach.

Na deser koniecznie crema catalana - katalońska wersja crème brûlée, ale lżejsza i z cytrynową nutą. Churros maczane w czekoladzie też są popularne, ale to bardziej śniadaniowa przekąska niż tapas. Jeśli masz ochotę na coś bardziej sycącego, zamiast paelli wybierz fideuà - danie z makaronem zamiast ryżu, często z krewetkami i kalmarami, albo arroz negro, czyli czarny ryż z atramentem z kałamarnicy. W Barcelonie nie chodzi o to, żeby zjeść drogo, tylko żeby wiedzieć, gdzie iść - a to wymaga zejścia z głównej ścieżki i poszukania baru, w którym przy barze stoją miejscowi, a nie turyści z mapą w ręku.

Zamiast paelli zamów arroz negro. Katalońskie dania z ryżu, które zaskakują nawet Hiszpanów

Większość turystów w Barcelonie popełnia ten sam błąd - od razu szuka paelli, najlepiej tej z owocami morza, podawanej w gigantycznej patelni. Tymczasem prawdziwi katalońscy kucharze uśmiechają się pod nosem, bo wiedzą, że paella to danie z Walencji, nie z Barcelony. Jeśli chcesz zjeść w Barcelonie coś, co zaskoczy nawet twoich znajomych z Madrytu, zamów arroz negro - czarny ryż farbowany atramentem z kałamarnicy. Ten gęsty, kleisty specjał smakuje intensywniej niż klasyczna paella, a do tego jest mniej oczywisty. W porcie w dzielnicy Barceloneta podają go z aioli i kawałkami smażonych kalmarów. To właśnie tam, w tapas barach przy samej wodzie, lokalni rybacy jedzą go palcami, maczając chleb w czarnym sosie.

Kuchnia katalońska to jednak nie tylko ryż. Na pierwszy rzut oka przypomina hiszpańską, ale ma swoje własne, uparte zasady. Pan con tomate - chleb nacierany dojrzałym pomidorem i skrapiany oliwą - to podstawa, bez której nie zaczyna się żadnego posiłku. Do tego botifarra, czyli katalońska kiełbasa, smażona i krojona na małe kawałki, często podawana z mongetes - białymi fasolkami duszonymi w czosnku. W przeciwieństwie do andaluzyjskich tapas, które kręcą się wokół smażonego chleba i oliwek, Katalonia stawia na surowe, morskie smaki. Esqueixada, czyli sałatka z dorsza, cebuli i papryki, to lekcja, jak mało potrzeba, by zrobić coś wybitnego. Nie szukaj jej w turystycznych miejscach przy La Rambli - idź na Mercado de la Boqueria i poproś sprzedawcę o kawałek do spróbowania.

Jeśli masz ochotę na coś bardziej sycącego, zamiast patatas bravas z mdłym sosem kup bombas - katalońskie kule ziemniaczane nadziewane mięsem, smażone i podawane z pikantnym romesco. To właśnie romesco, gęsty sos z suszonych papryk, migdałów i czosnku, jest sekretnym składnikiem, który odróżnia kuchnię katalońską od reszty Hiszpanii. Polewają nim nawet pulpo - ośmiornicę grillowaną na węglach, miękką w środku i chrupiącą z wierzchu. A na deser? Zapomnij o churros. Zamów crema catalana - krem waniliowy z chrupiącą warstwą karmelu, lżejszy i bardziej aromatyczny niż francuski crème brûlée. W dzielnicy El Born znajdziesz małe miejsca, gdzie podają go w glinianych miseczkach, prosto z pieca. Do tego kieliszek cava - katalońskiego wina musującego, które kosztuje tyle co piwo, a smakuje jak luksus.

Najlepsze bary tapas w Barcelonie nie mają wymyślnych nazw ani stolików z obrusami. W Eixample są takie, gdzie stoisz przy blacie, a kelner rzuca ci talerzyk z pimientos de padrón - małymi, zielonymi papryczkami, z których co dziesiąta jest piekielnie ostra. To gra losu, ale też esencja katalońskiego jedzenia: proste składniki, dobra oliwa i zero udawania. Jeśli chcesz spróbować czegoś, czego nie znajdziesz w żadnym przewodniku, zamów fideuà - makaron smażony jak paella, z krewetkami i aioli. Katalończycy mówią, że to danie biednych rybaków, ale w rzeczywistości to jedno z najsmaczniejszych dań, jakie zjesz nad Morzem Śródziemnym. I pamiętaj - nigdy, przenigdy nie proś o ketchup.

Patatas bravas to dopiero początek. Ziemniak w duecie z sosem, który dzieli miasto na pół

Patatas bravas to dopiero początek. Ziemniak w duecie z sosem, który dzieli miasto na pół. W Barcelonie każdy bar ma własną wersję tego klasyka - jedni serwują grubo krojone, chrupiące z wierzchu, inni stawiają na kostkę smażoną głęboko, aż do złota. Ale prawdziwa wojna toczy się o sos. W jednej dzielnicy poleją ci je gęstym aioli z czosnkiem i oliwą, w drugiej - pikantną, czerwoną bravą, która piecze w język. Nie zdziw się, jeśli kelner zapyta, którą opcję wolisz. To lokalny test lojalności.

Jeśli chcesz zjeść w Barcelonie tak, jak robią to mieszkańcy, zacznij od tapas, ale nie zatrzymuj się na ziemniakach. W barach na Barcelonecie królują owoce morza - krewetki smażone na oliwie z czosnkiem i ostrą papryką, kalmary w cieście, pulpo grillowany z ziemniakami i papryką. W rejonie El Born i Eixample znajdziesz więcej fusion i nowoczesnych interpretacji. Tam zamiast klasycznej patatas bravas dostaniesz bombas - pulpeciki ziemniaczane nadziewane mięsem, smażone i podawane z ostrym sosem i aioli. To danie, które musisz spróbować, bo pokazuje, jak kuchnia katalońska bawi się prostotą.

Assorted Spanish tapas dishes served in rustic style on a wooden table.
Zdjęcie: Bas Linders

Nie popełnij błędu i nie zamawiaj paelli na obiad w turystycznej knajpie przy La Rambli. Prawdziwą paellę jada się w Barcelonie w południe, zwykle w sobotę lub niedzielę, jako rodzinny posiłek. Szukaj miejsc, które gotują ją na zamówienie, z ryżem dolewającym bulionu partiami, z dodatkiem królika, ślimaków lub krewetek. Alternatywą jest fideuà - danie podobne do paelli, ale z makaronem zamiast ryżu, często z owocami morza i czarnym atramentem z kałamarnicy, czyli arroz negro. Do tego kieliszek cava, musującego wina z Katalonii, i masz gotowy zestaw.

Na deser nie szukaj crème brûlée. W Barcelonie wybór pada na crema catalana - lżejszą, z cynamonem i skórką cytryny, karmelizowaną palnikiem tuż przed podaniem. Albo churros, ale tych lepiej szukać nie w barach tapas, a w porannych czekoladziarniach, gdzie macza się je w gęstej, gorzkiej czekoladzie. Jeśli wybierzesz się na Mercado de la Boqueria, nie wychodź bez małej porcji jamón ibérico, kawałka chleba z pomidorem i oliwą (pan con tomate) oraz kieliszka vermutu z lodem i cytryną. To nie jest miejsce na jeden posiłek - to punkt startowy do odkrywania, jak smakuje miasto.

Owoce morza na mieście. Od przegrzebków w muszli po krewetki z głową w cenie kanapki

Barcelona to miasto, w którym owoce morza są fundamentem codziennego jedzenia, a nie tylko odświętnym dodatkiem. Spacerując po Barcelonecie, zobaczysz, jak miejscowi podchodzą do stoisk z krewetkami i kalmarami bez zbędnego patosu - to po prostu składnik, który trafia na patelnię. W tutejszych tascach i barach tapas znajdziesz zarówno te oczywiste propozycje, jak smażone kalmary w krążkach, jak i mniej znane perełki: bombas, czyli ziemniaczane kule nadziewane mięsem i podawane z aioli i ostrym sosem, albo esqueixadę - sałatkę z dorsza, pomidorów, cebuli i czarnych oliwek skropioną oliwą.

Warto od razu przestawić myślenie: nie szukaj monumentalnej paelli z owocami morza w każdej knajpie z widokiem na morze. To pułapka turystyczna. Lepiej zamów fideuà - katalońską wersję paelli, w której ryż zastępuje się cienkim makaronem, a całość gotuje się w wywarze z krewetek i kalmarów. Albo arroz negro, czyli czarny ryż zabarwiony atramentem z kałamarnicy, często podawany z aioli z boku. W El Born i Eixample znajdziesz bary, gdzie za kilka euro dostaniesz talerz pulpo a la gallega - ośmiornicy posypanej papryką i polanej oliwą, ułożonej na plasterkach ziemniaków. Nie pomijaj też pimientos de padrón: małych, smażonych zielonych papryczek, z których większość jest łagodna, ale co dziesiąta potrafi nieźle przypiec.

Jeśli chcesz zjeść w Barcelonie owoce morza w sposób, który zapamiętasz, idź na Mercado de la Boqueria i usiądź przy barze jednej z małych knajpek. Zamów krewetki z głową - smażone na oliwie z czosnkiem i chili, tak że sos zbierasz chlebem do ostatniej kropli. Albo przegrzebki zapiekane w muszli z beszamelem i serem. Klucz tkwi w tym, żeby nie kombinować: dobre owoce morza w Barcelonie nie potrzebują wymyślnych sosów ani dekoracji. Wystarczy patelnia, oliwa i ogień. A na koniec dnia, kiedy masz już dość tapas i owoców morza, wpadnij na churros maczane w gorącej czekoladzie - to nie deser dla turystów, tylko codzienny rytuał, który tutaj traktują śmiertelnie poważnie.

Bomba z Barcelonety. Przekąska, która powstała z biedy i podbija każdy bar w dzielnicy portowej

Gdy myślisz o tym, co zjeść w Barcelonie, na myśl przychodzą tapas i owoce morza. Ale jest jedna przekąska, która łączy oba te światy w genialnie prosty sposób. Mowa o bombas - smażonych kulkach ziemniaczanych, które w środku kryją soczyste kawałki mięsa. Ich historia zaczyna się w biednych barach portowej dzielnicy Barceloneta, gdzie rybacy i robotnicy potrzebowali czegoś sycącego, taniego i szybkiego. Dziś to hit w każdym tapas barze od El Born po Eixample. Nie daj się zwieść pozorom - to nie są zwykłe krokiety. Bomba ma chrupiącą skórkę, kremowe wnętrze i obowiązkowo odrobinę pikantnego sosu, najczęściej romesco lub aioli. To danie, które idealnie oddaje charakter kuchni katalońskiej: proste składniki, ale mnóstwo smaku.

Jeśli szukasz czegoś lżejszego, postaw na esqueixadę, czyli sałatkę z dorsza, pomidorów i czarnych oliwek, skropioną oliwą. Albo na pimientos de padrón - małe, zielone papryczki smażone na oliwie i posypane solą. Większość z nich jest łagodna, ale co kilka trafisz na piekielnie ostrą. To taka ruletka smaków, która dodaje pikanterii wieczorowi. W Barcelonie nie ma nudy na talerzu, a tapas bary często serwują też wersje wegetariańskie - patatas bravas z pianką z aioli albo grillowane kalmary z cytryną. Na deser obowiązkowo crema catalana, czyli kataloński krem, lżejszy i bardziej cytrusowy niż francuski crème brûlée, albo churros maczane w gęstej czekoladzie.

Najlepszym miejscem na rozpoczęcie kulinarnej podróży jest Mercado de la Boqueria na La Rambli. Owszem, bywa zatłoczony, ale to tutaj zobaczysz, jak wygląda prawdziwy rytm miasta. Stoiska uginają się od krewetek, kalmarów i świeżego pulpo, a zapach smażonych ryb miesza się z aromatem chleba nacieranego czosnkiem i pomidorami - to pan con tomate, podstawa każdego posiłku. Jeśli wolisz spokojniejsze miejsce, idź do Barcelonety. W barach przy samej plaży zamówisz fideuà, czyli wersję paelli z makaronem zamiast ryżu, albo arroz negro - czarny ryż z atramentem z kałamarnicy. Do tego kieliszek cava lub zimne wino i masz gotowy przepis na udany wieczór. Kuchnia hiszpańska uczy jednej rzeczy: nie trzeba wiele, by dobrze zjeść. Czasem wystarczy kilka składników, dobra oliwa i odrobina cierpliwości przy patelni.

Gdzie Barcelończyk bierze chleb z pomidorem o 10 rano. Śniadanie za 3 euro, które zastępuje obiad

Kiedy wchodzisz do baru w El Born przed południem, nie szukaj kart menu. Barcelończyk zamawia bez patrzenia: pan con tomate z oliwą, do tego kawa i ewentualnie mała porcja jamón. To śniadanie za jakieś 3-4 euro, które spokojnie zastępuje obiad. Sekret tkwi w jakości składników - pomidor wciera się w chleb tuż przed podaniem, a oliwa musi być lokalna, z Les Garrigues. W barze La Esquina przy Carrer de la Princesa widziałem, jak starszy pan zjada to samo od 15 lat. I nie zamawia nic więcej.

Jeśli jednak wybierzesz się na Mercado de la Boqueria, nie daj się skusić turystycznym stoiskom z paellą za 12 euro. Prawdziwa kuchnia katalońska to małe rzeczy: bombas - ziemniaczane kule nadziewane mięsem, smażone i podawane z pikantnym sosem romesco, albo esqueixada, czyli sałatka z dorsza, pomidorów, cebuli i oliwek. W bocznych alejkach targu znajdziesz stoisko, gdzie za 5 euro dostaniesz talerz pulpo (ośmiornicy) grillowanej na węglu, skropionej oliwą i posypanej papryką. To danie, które w restauracji kosztuje trzy razy tyle.

Wieczorem kieruj się na Barcelonetę. Nie do tych miejsc z angielskimi menu na zewnątrz, ale do barów przy Carrer del Maquinista. Tam zamawiasz fideuà - to taka paella, ale z makaronem zamiast ryżu, często z krewetkami i kalmarami. Albo arroz negro, czyli czarny ryż z atramentem z kałamarnicy. Sos aioli, który podają osobno, robią na miejscu - czosnek, oliwa, odrobina cytryny. Żadnych proszków. Do tego zimna cava z małej winnicy pod Penedès. Za całość zapłacisz 20-25 euro od osoby, ale wyjdziesz najedzony na cały następny dzień.

Na koniec obowiązkowy deser. Nie churros z czekoladą - to madrycka sprawa. W Barcelonie wybierasz crema catalana, czyli lokalny krem przypalany cukrem, lżejszy od francuskiego crème brûlée. Albo, jeśli masz ochotę na coś wytrawnego na słodko, ser z mongetes - małą białą fasolą, podawany z miodem. To danie, które zaskakuje każdego, kto myśli, że zna kuchnię hiszpańską. I właśnie o to chodzi - żeby na nowo odkryć to, co wydaje się oczywiste.

Krem zamiast crème brûlée. Crema catalana, tarta圣地亚哥 i inne desery, po które wracasz następnego dnia

Crema catalana to coś więcej niż katalońska wersja crème brûlée. Różnica tkwi w podstawie - zamiast śmietanki używa się mleka, a aromatu nadaje skórka cytryny i cynamon. Deser jest lżejszy, mniej tłusty, ale równie kremowy. W Barcelonie podają go w glinianych miseczkach, a warstwa karmelu na wierzchu jest cienka i chrupiąca. Można go spróbować w tradycyjnych tapas barach w El Born albo w Eixample, gdzie często pojawia się jako domowe wykończenie posiłku. Jeśli szukasz czegoś bardziej treściwego po paelli czy fideuà, warto postawić na churros maczane w gorącej czekoladzie - to klasyk, który w Barcelonie smakuje inaczej niż w Madrycie, bo ciasto jest cieńsze i bardziej chrupiące.

W kuchni katalońskiej desery rzadko są przesłodzone. Owocowe tarty, serniki z ricottą czy migdałowe ciasta z oliwą z oliwek i odrobiną soli morskiej pokazują, że katalońscy kucharze wolą balans niż bombę cukrową. Na targu Mercado de la Boqueria znajdziesz stoiska, gdzie sprzedają kawałki tarty Santiago - wilgotnej, z mielonych migdałów i skórką cytryny, bez grama mąki. To proste, ale wyraziste, idealne do popicia kieliszkiem cava. W dzielnicy Barceloneta, po obfitym posiłku z owoców morza, deser w postaci schłodzonej cremy catalany z malinami i listkiem mięty potrafi uratować wieczór.

Nie zapominaj o bombach - to nie są wybuchowe przekąski, tylko małe, smażone kulki ziemniaczane nadziewane mięsem, polane aioli i ostrym sosem. W Barcelonie często pojawiają się jako przystawka, ale w wersji deserowej zamieniają się w nadziewane kremem pączki posypane cynamonem. Podobnie jak patatas bravas, które w katalońskiej odsłonie mają często nieco słodszy sos romesco, tak desery tutaj zaskakują połączeniem słonego i słodkiego. Warto spróbować też esqueixady z dorsza z suszonymi pomidorami i oliwkami, a na koniec zamówić cremę catalanę i małe churros z czekoladą - to duet, który sprawia, że następnego dnia wracasz do tego samego miejsca.

Nie tylko cava. Co pić do tapas, żeby nie skończyć na turystycznym sangria-binge

Kiedy myślisz, że w Barcelonie wystarczy zamówić sangrię, żeby poczuć klimat, prawda jest taka, że miejscowi piją ją rzadko. Do tapas podchodzą inaczej - i warto to uszanować, bo od tego zależy, czy twój wieczór będzie smakował autentycznie. Do smażonych kalmarów, krewetek z aioli czy chrupiących patatas bravas z pikantnym sosem nie leje się słodkiego czerwonego wina z owocami. Zamiast tego sięgasz po wytrawne, orzeźwiające rzeczy: cava, czyli katalońskie wino musujące, to numer jeden. Kosztuje grosze w porównaniu do tej samej butelki w Polsce, a idealnie przecina tłuszcz i sól, które dominują w małych przekąskach.

Jeśli wolisz coś mocniejszego, zamów vermut - wytrawny, z lodem i plasterkiem pomarańczy. W dzielnicy El Born czy na Barcelonecie podają go w małych kieliszkach, często z oliwką. Do botifarry, czyli katalońskiej kiełbasy, albo do croquetas z jamón lepiej pasuje lekkie, młode czerwone wino z regionu Priorat. A do owoców morza, szczególnie tych z grilla na plaży, weź białe wino, najlepiej chłodne i mineralne. Unikaj sangrii, bo w turystycznych knajpach to najczęściej słodki syrop z alkoholem - nie poznasz prawdziwego smaku kuchni hiszpańskiej.

W tapas barach w Eixample albo przy Mercado de la Boqueria zobaczysz, że do stołu stawia się butelkę wina i dzbanek wody. Nikt nie zamawia drinków pojedynczo. Do esqueixady, czyli sałatki z dorsza, oliwy i cebuli, pije się cava. Do pulpo a la gallega - ośmiornicy z papryką - wino białe. A do arroz negro, czyli czarnego ryżu z kałamarnicą, nawet lekkie piwo. Jeśli chcesz spróbować czegoś lokalnego, poproś o wermut z lodem i plasterkiem cytryny - to klasyka w dzielnicy Gràcia. Do deseru, jak crema catalana czy churros, nie sięgaj po wino - lepsza będzie mała kawa lub słodkie wino muszkatołowe. W Barcelonie picie ma swoje reguły, ale one nie są skomplikowane - wystarczy patrzeć na to, co zamawiają inni przy barze.

Targ, bar mleczny i knajpa z papierowym obrusem. Gdzie szukać jedzenia, którego nie znajdziesz na Instagramie

W Barcelonie łatwo trafić na miejsca, które żyją z turystów i serwują dania bardziej na pokaz niż do jedzenia. Jeśli chcesz poznać prawdziwą kuchnię katalońską, omijaj szerokim łukiem ulice z kelnerami zaczepiającymi przechodniów. Zamiast tego idź na Mercado de la Boqueria, ale nie zatrzymuj się przy straganach z sokami i owocami na patyku. Wejdź głębiej, do barów na tyłach hali, gdzie miejscowi piją kawę i jedzą małe tapas na stojąco. To tam dostaniesz świeże krewetki z grilla, kalmary smażone w cienkiej panierce i patatas bravas z prawdziwym sosem aioli, a nie z majonezu z czosnkiem w proszku.

W dzielnicy Barceloneta, tuż przy plaży, znajdziesz knajpy z papierowymi obrusami i plastikowymi krzesłami. To sygnał, że podają tu owoce morza bez udziwnień. Zamów esqueixadę, czyli sałatkę z dorsza, cebuli i oliwek, albo bombas - ziemniaczane kule nadziewane mięsem, smażone i podawane z pikantnym sosem. Do tego kieliszek cava, bo wytrawne wino musujące kosztuje tu tyle co piwo. Jeśli trafisz na sezon, koniecznie spróbuj pimientos de padrón - małych, zielonych papryczek smażonych na oliwie, posypanych solą. Większość jest łagodna, ale co dziesiąta potrafi nieźle przypiec.

W El Born i Eixample kryją się tapas bary, gdzie nie ma menu w pięciu językach, a kartę pisze się kredą na tablicy. Tam dostaniesz fideuà - danie podobne do paelli, ale z makaronem zamiast ryżu, często z krewetkami i kalmarami. Albo arroz negro, czyli czarny ryż zabarwiony atramentem z mątwy, podawany z aioli. Do tego warto wziąć botifarrę, czyli katalońską kiełbasę z białą fasolką mongetes, polaną sosem romesco z orzechów i suszonej papryki. Na deser crema catalana, która przypomina crème brûlée, ale ma wyraźniejszy smak skórki cytrynowej i cynamonu. Jeśli wolisz coś lżejszego, poszukaj churros z gorącą czekoladą - maczane w gęstym, gorzkawym sosie smakują lepiej niż wszystkie słodkie tapas razem wzięte.

Pamiętaj, że w Barcelonie nie chodzi o to, żeby zjeść drogo, tylko żeby zjeść dobrze. Wystarczy pan con tomate - chleb nacierany dojrzałym pomidorem, skropiony oliwą i posypany solą - a do tego plaster jamón serrano. Proste, ale jak się robi to z dobrej roboty składników, smakuje lepiej niż wymyślne dania z Instagrama. Szukaj miejsc, gdzie nie ma zdjęć w oknie, a kucharz krzyczy do gości z otwartej kuchni. Tam właśnie powinieneś usiąść.

Pocztówka od autora

Tomasz Lewandowski

Redaktor podróżniczy - przewodniki, praktyczne porady i inspiracje na podróże życia.

Poznaj Tomasza
Tomasz Lewandowski