Przejdź do treści
Europa

Alicante Co Zjeść - 10 Lokalnych Przysmaków, Które Musisz Spróbować

Odkryj 10 lokalnych przysmaków Alicante, od kultowego arroz a banda po inne specjały. Sprawdź, co musisz spróbować podczas wizyty w tym hiszpańskim mieście.

Pozdrowienia z: Europa Par avion

Arroz a banda - danie, od którego zaczyna się każda kulinarna rozmowa w Alicante

W Alicante twój kulinarny GPS powinien wskazywać jedno: arroz a banda. To nie jest paella z turystycznych folderów. Tutaj ryż gotuje się w esencji z ryb i skorupiaków, a po ugotowaniu rozdziela się na dwa osobne światy. Ryż ląduje na talerzu jako pierwsze danie, a owoce morza podaje się osobno. W barach na Mercado Central zobaczysz, jak miejscowi nabierają go łyżką bez ceregieli i popijają zimnym winem. Jeśli myślisz, że to tylko wersja paelli, jesteś w błędzie. Arroz a banda ma głębię, której nie znajdziesz w żadnej knajpie na promenadzie.

Gdzie spróbować? Szukaj w centrum, ale omijaj miejsca z menu po angielsku. La Mary przy samym porcie serwuje wersję, która przypomina, że kuchnia to też geografia. W środku dnia, przy stole pełnym ryb, czujesz, że siedzisz nad Morzem Śródziemnym. Nie pomijaj baru El Pescador - małej dziupli, gdzie danie ląduje prosto z patelni, a ty jesz palcami, bo sztućce są zbędne. Do tego koniecznie kieliszek lokalnego wina, bo bez niego smak jest tylko w połowie.

Alicante to nie tylko arroz a banda. W mieście nad wodą owoce morza są królem. Jeśli chcesz czegoś innego, weź fideuà - wermiszel zamiast ryżu, podany z aioli i krewetkami. Albo caldero, gęstą zupę rybną, którą w porcie jedzą od pokoleń. Na przekąskę idź do baru w centrum i zamów pericanę - suszoną paprykę z dorszem i czosnkiem - albo esgarrat, sałatkę z bakłażana i bacalhau. To dania, które nie trafiły do wielkich sieciówek, ale w Alicante są świętością. Na deser weź turrón, czyli nugat z migdałami, i popij horchatą albo fartonsem - podłużnym pączkiem maczanym w zimnym napoju.

Nie zapomnij o śniadaniu. W barach przy ulicach wokół Mercado Central o poranku królują churros z gorącą czekoladą. Jeśli wolisz coś wytrawnego, weź patatas bravas z ostrym sosem, montaditos z szynką i serem albo tablas - deski z lokalnymi wędlinami i serami. Kawa w Alicante to rytuał, nie tylko napój. W barze przy porcie, z widokiem na zamek Santa Barbara, możesz spędzić godzinę, obserwując, jak miasto budzi się do życia. To jest prawdziwy smak Alicante - nie w restauracjach z gwiazdkami Michelin, ale w małych, lokalnych barach, gdzie każde danie ma historię, a właściciel zna cię po imieniu.

Mercado Central to nie hala targowa, tylko lekcja anatomii ryb i warzyw

Jeśli myślisz, że znasz kuchnię Alicante, ale ominąłeś Mercado Central, to tak naprawdę nic nie wiesz. Na stoiskach leżą langusty z wyciągniętymi szczypcami, krewetki poukładane w geometryczne wzory i ryby, które wciąż pachną morzem. To tutaj miejscowi kupują składniki na obiad, a ty możesz podpatrzeć, co trafia do garnków w najlepszych restauracjach. W bocznych alejkach znajdziesz bary serwujące śniadanie o ósmej rano i obiad zaraz po otwarciu. Zamów kawę z mlekiem i fartons - podłużne, słodkie bułeczki do maczania w gorącym napoju. To nie deser, tylko poranny rytuał, który zrozumiesz dopiero, gdy spróbujesz sam.

Gdy już nasycisz wzrok, przejdź do części gastronomicznej. Tu nie ma tapas w turystycznej wersji - są dania, które oddają prawdziwą kuchnię Levante. Na pierwszy ogień idzie arroz a banda: ryż ugotowany w bulionie rybnym, podany osobno z owocami morza. To nie paella, choć na pierwszy rzut oka wygląda podobnie. Smak jest głębszy, bardziej morski. Jeśli masz ochotę na coś wyrazistszego, poproś o fideuà - wermiszel zamiast ryżu, chrupiący na wierzchu, nasiąknięty sosem z krewetek i kalmarów. W jednej z knajpek przy stoisku z rybami dostaniesz caldero - gęsty gulasz rybny, który w Murcji jedzą łyżką, a w Alicante podają z kawałkami chleba do maczania. Nie pomiń esgarrat - sałatki z grillowanego bakłażana i papryki, polanej oliwą z miejscowych gajów. To danie smakuje lepiej, im dłużej postoi, więc stali bywalcy często biorą je na wynos.

Po takim obiedzie potrzebujesz spaceru. Idź w stronę portu, a potem w górę do zamku Santa Barbara. Zanim jednak ruszysz, wstąp do baru przy Mercado Central na coś słodkiego. Turrón to oczywiście klasyk, ale prawdziwi znawcy wybierają pericanę - suszoną paprykę z dorszem i czosnkiem, podaną na grzance. To nie deser, tylko przekąska, która udowadnia, że kuchnia Alicante nie boi się kontrastów. Na koniec popij horchatą - mlecznym napojem z chufy, który w Hiszpanii piją nawet zimą. Jeśli wolisz coś lżejszego, wybierz kawę z lodem. Pamiętaj: w Alicante kawa to nie tylko napój, to pretekst, żeby usiąść i patrzeć, jak miasto żyje.

Tostada z pomidorem i oliwą, czyli śniadanie za 4 złote, które pokochasz bardziej niż bufet w hotelu

Nie ma lepszego dowodu na to, że Alicante to miasto dla smakoszy, niż poranek w tutejszej kawiarni. Za około 4 złote dostaniesz tostadę - kromkę chrupiącego chleba z rozgniecionym pomidorem, skropioną oliwą i posypaną solą. To śniadanie bije na głowę każdy hotelowy bufet, bo jest proste, świeże i autentyczne. Do tego kawa z mlekiem i masz gotowy przepis na dobry start. Lokalni jedzą tak od pokoleń, a ty możesz do nich dołączyć w barach przy Plaza de la Santísima Faz albo na spokojniejszych uliczkach wokół Mercado Central. Rynek to punkt obowiązkowy - nie tylko dla owoców morza, ale i dla śniadaniowego rytuału przy ladzie.

Gdy głód zaczyna doskwierać w ciągu dnia, skieruj się w stronę portu albo w głąb starego miasta. To tutaj znajdziesz najlepsze tapas i dania opowiadające historię regionu. Zamiast klasycznej paelli, której w centrum często serwują turystyczną wersję, poszukaj arroz a banda - ryżu gotowanego w wywarze z ryb, podawanego osobno z owocami morza. Fideuà, czyli wermiszel z krewetkami i kalmarami, to kolejna pozycja obowiązkowa. Jeśli trafisz na caldero - gęstą zupę rybną z ryżem, charakterystyczną dla wybrzeża Levante - nie wahaj się ani chwili. Wszystkie te dania znajdziesz w restauracjach przy Explanada de España, ale prawdziwe perełki kryją się w bocznych uliczkach dzielnicy Santa Cruz, gdzie zapach świeżych ryb miesza się z aromatem oliwy i czosnku.

Nie zapomnij o lokalnych specjałach, które rzadko lądują w przewodnikach, a które mieszkańcy Alicante mają za swoje. Esgarrat - sałatka z grillowanej papryki, bakłażana i solonego dorsza - to idealna przystawka, podobnie jak pericana, czyli suszona papryka z czosnkiem i oliwą. Na deser sięgnij po turrón, zwłaszcza ten z Jijony, albo po churros maczane w gorącej czekoladzie. A jeśli masz ochotę na coś orzeźwiającego, horchata z fartons - słodkimi, podłużnymi bułeczkami - to lokalny klasyk, który smakuje najlepiej w barach wokół portu. Wspinaczka na zamek Santa Bárbara to świetny pretekst, żeby później nagrodzić się porcją patatas bravas lub montaditos w jednej z knajpek na wzgórzu. W Alicante jedzenie nie jest dodatkiem do zwiedzania - to jego główny punkt.

Tapas w Alicante - zapomnij o patatas bravas, spróbuj montaditos i coca amb tonyina

Alicante to miasto, gdzie hiszpańska kuchnia ma swój własny, niepowtarzalny charakter. Zapomnij o standardowych patatas bravas czy suchych tapas z turystycznych kurortów. Lokalni kucharze stawiają na to, co najlepsze - świeże ryby i owoce morza prosto z Morza Śródziemnego. W centrum, szczególnie w okolicach Mercado Central, znajdziesz bary, gdzie zjesz śniadanie w postaci chrupiących churros z gorącą czekoladą, a na obiad spróbujesz esgarrat - pieczonej papryki z bakłażanem i solonym dorszem. To danie idealnie oddaje ducha regionu: prosto, lokalnie, ale zaskakująco smacznie.

Jeśli szukasz czegoś bardziej treściwego, postaw na arroz a banda, czyli ryż gotowany w wywarze z ryb, podawany osobno z sosem allioli. To klasyk, który w Alicante robią lepiej niż słynną paellę. Wąskie uliczki starego miasta kryją małe restauracje serwujące fideuà - makaron zamiast ryżu, zapiekany z krewetkami i kalmarami. Nie przejdziesz obojętnie obok tablas - desek z wędlinami i serami, ale prawdziwym hitem są montaditos, czyli maleńkie kanapki z tuńczykiem, anchois lub serem manchego. Do tego koniecznie zamów pericanę - pastę z suszonej papryki, czosnku i migdałów, którą smaruje się grzanki.

Na deser warto skoczyć w okolice portu, gdzie w sezonie króluje turrón - nugat z miodem i migdałami - albo orzeźwiająca horchata z churrosami, podawana z długimi paluchami fartons. Kawa tutaj to rytuał, nie napój - piją ją mocną, czarną, często z kroplą mleka, i zawsze w towarzystwie małego ciasteczka. Spacer po centrum od zamku Santa Barbara w dół to idealna okazja, żeby zatrzymać się w barze przy placu i skosztować caldero - gęstej zupy rybnej z ryżem, która syci na cały dzień. W Alicante jedzenie to nie tylko posiłek, to sposób na poznanie miasta - od targu po nadmorskie knajpki, gdzie każde danie ma swoją historię.

Caldero - rybacki garnek, który pachnie Tabarką i gotuje się go 3 godziny

Caldero to danie, które w Alicante traktuje się z niemal religijnym pietyzmem. Rybacy z dzielnicy Santa Creu gotowali je od pokoleń, wykorzystując to, co zostało z połowu - głównie skorpeny, mątwy i kawałki ryb nienadające się na sprzedaż. Sekret tkwi w powolnym, trzygodzinnym duszeniu na wolnym ogniu, zwykle na plaży, w czarnym żeliwnym kotle. Ryba rozpada się wtedy na włókna, a wywar robi się gęsty i kleisty od kolagenu. Do tego podaje się arroz - ryż wchłania cały aromat wędzonej papryki, szafranu i czosnku. W Alicante mówią, że caldero smakuje lepiej, gdy jesz je palcami, popijając lokalnym winem z winnic wokół miasta.

W centrum, przy ulicy San Fernando, jest kilka barów, które od świtu serwują to danie. Najlepsze znajdziesz tam, gdzie przed wejściem stoją stare drewniane skrzynki po rybach. Jeśli trafisz na caldero z dodatkiem krewki langusty, to znak, że trafiłeś w dobre miejsce. Warto poprosić o łyżkę sosu osobno - nazywają go „salsa de la olla” i maczają w nim chleb. To nie jest danie dla kogoś, kto się spieszy. Gotowanie trwa trzy godziny, jedzenie - co najmniej godzinę. I o to właśnie chodzi.

W kontraście do paelli, która jest lżejsza i bardziej sucha, caldero ma konsystencję gęstej zupy rybnej, w której ryż pływa w bursztynowym wywarze. W Alicante podają je z dodatkiem pikantnego sosu all i oli - czosnku utartego z oliwą i ostrą papryką. Niektórzy mówią, że caldero to danie, które karmi duszę, nie tylko żołądek. I faktycznie, po jednym talerzu czujesz się, jakbyś spędził dzień na morzu. To smak, który zapamiętasz na długo po powrocie z wakacji.

Esgarrat i pericana - dwie sałatki bez liści, które tłumaczą, czym jest kuchnia biedy

W Alicante nie szukaj sałatek z rukolą ani pomidorów koktajlowych. Lokalna kuchnia opiera się na składnikach, które nie psuły się w upale i nie wymagały lodówki. Esgarrat i pericana to dwa dania, które mówią o tym mieście więcej niż jakakolwiek paella w centrum. Esgarrat to grillowany bakłażan i czerwona papryka, pokrojone w paski i skropione oliwą, często z dodatkiem solonego dorsza. Pericana to jeszcze prostsza rzecz: suszona papryka w płatkach, czosnek, migdały i oliwa, wszystko rozdrobnione na suchą pastę, którą jesz na kromce chleba. Żadnej wody, żadnych liści, tylko smak skoncentrowany słońcem.

Jeśli chcesz spróbować tych dań w autentycznej formie, idź do barów wokół Mercado Central, ale nie na śniadanie. Pericanę dostaniesz często jako tapas przy winie, a esgarrat jako przystawkę przed arroz a banda. Unikaj miejsc, które podają je jako eleganckie mini-talerzyki z dekoracją z koperku. Prawdziwe esgarrat wygląda tak, jakby ktoś rzucił je na talerz prosto z patelni. Szukaj ich w barach na Calle San Francisco albo w bodegach w dzielnicy Santa Cruz, tuż pod zamkiem Santa Barbara. Tam kucharze nie udają, że robią fine dining.

Te dwie sałatki tłumaczą też, dlaczego w Alicante ryż jada się inaczej niż w Walencji. Arroz a banda, czyli ryż gotowany w bulionie z ryb, a potem podawany osobno od mięsa, to też kuchnia biedy: z resztek po sprzedaży lepszych kawałków ryb robiło się pożywny posiłek dla rybaków. Podobnie caldero - gęsta zupa rybna z ryżem, która w restauracjach w porcie kosztuje 15-20 zł, ale w barach na obrzeżach centrum znajdziesz ją za połowę tej ceny, bez widoku na jachty.

Na deser nie szukaj turrónu, który kupisz w każdym supermarkecie. W Alicante prawdziwym lokalnym słodkim są fartons - podłużne, lukrowane ciastka maczane w horchacie, czyli mleczku z chufy. Horchata smakuje jak połączenie mleka kokosowego i cynamonu, a fartons są lekkie i nieprzesłodzone. Najlepsze śniadanie w mieście to churros z gorącą czekoladą w barze na Plaza de la Santissima Faz, ale jeśli chcesz czegoś bardziej lokalnego, zamów fartons z horchatą w Café de la Mar na promenadzie. Siedząc tam, patrząc na port i widząc zamek Santa Barbara na wzgórzu, zrozumiesz, że w Alicante kuchnia nie polega na finezji, tylko na tym, żeby z byle czego zrobić coś pysznego.

Fideuà - patelnia makaronu z owocami morza, przy której paella może się schować

Kiedy myślisz o Alicante i jedzeniu, pierwszym skojarzeniem jest zazwyczaj paella. I choć ryż z owocami morza smakuje tu wyśmienicie, to prawdziwym testem dla miejscowej kuchni jest zupełnie inne danie. Fideuà, czyli makaron smażony na głębokiej patelni z dodatkiem krewetek, małż i kalmarów, ma w sobie coś, czego ryżowa wersja często nie ma - intensywność smaku morza w każdej nitce. W przeciwieństwie do paelli, która potrafi być sucha, fideuà zachowuje kremową strukturę, a jej charakterystyczną cechą jest chrupiąca warstwa na dnie, zwana socarratem. W Alacant (bo tak miejscowi mówią o swoim mieście) znajdziesz ją w barach na plaży, ale najlepszą robią w niepozornych, rodzinnych restauracjach przy uliczkach odchodzących od portu.

Jeśli chcesz zrozumieć, jak smakuje prawdziwe Alicante, zacznij od obiadu w okolicach Mercado Central. To nie jest miejsce dla turystów z przewodnikiem, tylko dla ludzi, którzy wiedzą, co znaczy świeżość. Na stoiskach piętrzą się langustynki, ośmiornice i sardynki złowione tej samej nocy. W barach wokół targu zamów caldero - gęstą zupę rybną z ryżem, która tutaj jest śniadaniem dla rybaków, a dla ciebie może być najlepszym obiadem w tygodniu. Do tego koniecznie weź esgarrat, czyli pieczoną paprykę z bakłażanem i solonym dorszem, skropioną oliwą z okolicznych gajów. To danie nie jest efektowne, nie ma Instagramowego wyglądu, ale ma smak, który zapamiętasz na długo.

Wieczorem odpuść sobie bary przy marinie. Zamiast tego idź w górę, w stronę zamku Santa Barbara, ale nie na sam szczyt - zatrzymaj się w knajpkach na starym mieście, przy wąskich uliczkach, gdzie siedzisz na plastikowym krześle, a kelner rzuca ci kartę po hiszpańsku. Tu królują tapas, ale nie te z szynką i serem. Mówię o pericanie - paście z suszonej papryki, czosnku i migdałów, którą jesz na chlebie, albo o montaditos z anchois i piklami. Na deser nie szukaj turrónu w kartoniku. Znajdź lokal, który robi fartons - długie, smażone ciastka maczane w zimnej horchacie. To połączenie słodkiego ciasta i orzeźwiającego napoju z chufy to coś, czego nie spróbujesz w żadnym innym mieście. I nawet jeśli wydaje ci się, że już znasz hiszpańską kuchnię, Alicante udowodni ci, że się mylisz.

Gdzie zjeść ryby i owoce morza prosto z kutra, zanim trafią na Mercado Central

W Alicante ryby i owoce morza mają swój własny rytm. Trafiają na stoły w ciągu kilku godzin od wyładunku, a najlepiej przekonasz się o tym, wybierając się na Mercado Central. To nie jest zwykły targ, tylko serce kulinarnego miasta, gdzie miejscowi robią codzienne zakupy, a ty możesz zjeść śniadanie przy ladzie z surowymi krewetkami. Szukasz czegoś konkretnego? W barach wokół hali spróbujesz esgarrat - pieczonej papryki z bakłażanem i solonym dorszem - albo pericany, suszonej papryki z czosnkiem i migdałami. To dania, które rzadko trafiają do turystycznych menu, a tutaj są na wyciągnięcie ręki.

Jeśli wolisz usiąść przy stole, idź w stronę portu. Restauracje przy marinie serwują arroz a banda - ryż gotowany w wywarze z ryb, podawany osobno z owocami morza. To kuzyn paelli, ale bardziej wyrazisty, bez mięsa i warzyw przeszkadzających w smaku. Dla odmiany weź fideuà, czyli makaron zamiast ryżu, zapieczony w bulionie z krewetkami i kalmarami. W tych lokalach ceny są wyższe niż w centrum, ale dostajesz widok na kutry wracające z połowu i pewność, że ryby były dziś rano w wodzie.

W centrum, przy uliczkach odchodzących od Rambli, znajdziesz bary tapas, gdzie królują patatas bravas z pikantnym sosem i montaditos - małe kanapki z sardynkami lub tuńczykiem. Na deser weź turrón, czyli nugat z migdałami, albo fartons - długie, słodkie bułeczki do maczania w horchacie, napoju z cibory jadalnej. I nie zapomnij o churros z czekoladą na śniadanie, najlepiej w barze przy Plaza de la Santísima Faz. To wszystko w cieniu zamku Santa Bárbara, który góruje nad miastem i przypomina, że Alicante to port, gdzie jedzenie jest proste, świeże i bez udziwnień.

Turrón z Jijony - słodki koniec, który w Alicante jada się przez cały rok, nie tylko na święta

W Alicante deser to nie tylko dodatek do obiadu, ale często osobny rytuał. Jeśli myślisz, że turrón to przysmak zarezerwowany wyłącznie na Boże Narodzenie, w tym mieście szybko zmienisz zdanie. Lokalne cukiernie i kawiarnie serwują go przez okrągły rok, a najlepszy pochodzi z pobliskiej Jijony. To właśnie tam powstaje ten gęsty, kruchy lub miękki blok z marcepanu i miodu, który w Alicante traktuje się poważnie. W centrum, przy uliczkach wokół Mercado Central, znajdziesz sklepiki, gdzie możesz spróbować kilku rodzajów przed zakupem - od klasycznego twardego po wersję z czekoladą lub migdałami w całości.

Po sycącym obiedzie z owocami morza albo paellą, turrón świetnie sprawdza się jako lekki, słodki finisz. Nie musisz szukać wymyślnych lokali - wiele barów tapas i tradycyjnych restauracji przy porcie ma w karcie deserów właśnie turrón z Jijony, często podany z kawą lub lokalną horchatą. Jeśli wolisz coś lżejszego, zamów fartons - podłużne, słodkie bułeczki do maczania w zimnej horchacie. To połączenie to klasyk śniadaniowy i popołudniowa przekąska, którą mieszkańcy Alicante uwielbiają nawet bardziej niż churros.

Warto też zajrzeć do sklepów przy Plaza de Gabriel Miró, gdzie sprzedawcy często dają spróbować różnych wariantów turrónu, zanim podejmiesz decyzję. Ceny zaczynają się od kilku euro za mały kawałek, a za duży, ręcznie robiony blok zapłacisz około 15-20 złotych. To nie jest słodki gadżet na prezent - to codzienność, która w Alicante smakuje najlepiej prosto z lady, popijana mocną kawą po spacerze na zamek Santa Bárbara.

Pocztówka od autora

Tomasz Lewandowski

Redaktor podróżniczy - przewodniki, praktyczne porady i inspiracje na podróże życia.

Poznaj Tomasza
Tomasz Lewandowski