Przejdź do treści
Egzotyka

Wietnam Co Zjeść - 15 Potraw, Które Musisz Spróbować

Odkryj 15 wietnamskich potraw, które musisz spróbować - od kultowej pho po regionalne przysmaki. Poznaj smaki Wietnamu i zaplanuj kulinarną podróż już dziś.

Pozdrowienia z: Egzotyka Par avion

Zupa pho i jej regionalne odmiany, których nie znasz

Pho to wizytówka Wietnamu, ale jeśli myślisz, że znasz ją tylko jako gorący bulion z makaronem ryżowym i wołowiną, jesteś w błędzie. Każde miasto ma swoją wersję tej zupy, a różnice bywają tak duże, że warto spróbować ich wszystkich. W Hanoi podają pho bo, gdzie kluczową rolę gra klarowny, intensywny wywar z wołowych kości i duża ilość świeżych ziół. Węższe pasma makaronu ryżowego i mniej dodatków sprawiają, że smak bulionu wysuwa się na pierwszy plan. W Hue pho przybiera ostrzejszą formę, często z dodatkiem chili i trawy cytrynowej, a w Sajgonie bywa słodsze i bardziej aromatyczne dzięki większej ilości sosu rybnego.

Jeśli sądzisz, że wietnamska zupa to tylko pho, koniecznie poznaj bun bo Hue - gęsty, pikantny wywar z wołowiną i makaronem przypominającym spaghetti, podawany z kiełbasą i krwistymi plastrami mięsa. To zupełnie inna kategoria smaku. W regionie Mekongu trafisz na bun rieu, czyli zupę pomidorową z krabem i fasolą, lub bun mam - fermentowaną rybną esencję, która dzieli miłośników na dwa obozy. Nie musisz od razu rzucać się na najtrudniejsze wersje, ale nawet w popularnych restauracjach w Hanoi znajdziesz pho z krewetkami czy warzywami, które zaskakuje świeżością.

Prawdziwe pho poznasz po bulionie. Dobry wywar to 12 godzin gotowania kości, cebuli i anyżu, a nie proszek z torebki. W lokalnych barach w Hue czy Hanoi zobaczysz, jak goście sami doprawiają zupę chili, limonką i świeżymi ziołami, co zmienia jej charakter co do kropli. Jeśli masz ochotę na coś lżejszego, wybierz pho z kurczakiem, ale jeśli chcesz poczuć Wietnam od kuchni, spróbuj pho bo z wołowiną i odrobiną sosu rybnego. Każda miska opowiada inną historię.

Bún chả - dlaczego Obama wybrał właśnie to danie

Gdy w 2016 roku Barack Obama usiadł przy plastikowym stoliku w Hanoi obok Anthony’ego Bourdaina, wybór padł na bún chả. I nie był to przypadek. To danie to kwintesencja tego, co w kuchni wietnamskiej najlepsze: balans smaków, świeżość składników i prostota, która nie oznacza nudy. Zamiast miski pho bo, które na Zachodzie króluje jako symbol Wietnamu, Obama dostał grillowaną wieprzowinę zanurzoną w słodko-kwaśnym sosie, podaną z ryżowym makaronem i garścią ziół. Dlaczego? Bo bún chả opowiada o Wietnamie więcej niż jakakolwiek zupa.

W przeciwieństwie do pho, które wymaga godzin gotowania bulionu, bún chả stawia na mięso. Kawałki wieprzowiny - zarówno chudy kotlet, jak i tłustsze kawałki boczku - marynuje się w sosie rybnym, czosnku i cukrze, a potem opieka nad węglami. Dym, karmelizacja i delikatna słodycz sprawiają, że mięso jest soczyste w środku i chrupiące na brzegach. Do tego dochodzi osobna miseczka z nước chấm - rozrzedzonym sosem rybnym z chili, czosnkiem i octem. To właśnie ten kontrast: gorące mięso, zimny makaron, ostra i kwaśna ciecz, a do tego świeża mięta, kolendra i sałata. Nie ma tu przypadkowych składników.

W Hanoi znajdziesz bún chả dosłownie na każdym rogu. Lokalne restauracje serwują go od rana do wieczora, często z dodatkiem nem ran - małych, chrupiących sajgonek, które też lądują w misce z sosem. To danie nie udaje finezji. Nie ma tu skomplikowanych technik ani drogich produktów. Jest za to esencja wietnamskiego jedzenia ulicznego: jedzenie ma być świeże, szybkie i sycące. W porównaniu do banh mi, które jest bardziej przekąską w biegu, bún chả wymaga chwili. Siadasz, mieszasz, maczasz i składasz własne kęsy - to trochę jak wietnamska wersja grilla w wydaniu street food.

Jeśli jesteś w Hue lub Sajgonie, też znajdziesz podobne wariacje, ale to w Hanoi bún chả smakuje najlepiej. Warto spróbować go z krewetkami lub dodatkiem fasoli, jeśli trafisz na lokalną wersję. Ale klasyk? Grillowana wieprzowina, makaron ryżowy, garść ziół i ten jeden, prosty sos. Obama wiedział, co robi.

Sajgonki w Wietnamie to nie tylko nem rán

Kiedy myślisz o wietnamskich przystawkach, od razu przychodzą ci do głowy chrupiące sajgonki. I słusznie, bo nem rán (jak nazywają je na północy, w Hanoi) to klasyk, który znajdziesz w każdej lokalnej restauracji. Smażone na złoto, nadziewane wieprzowiną, grzybami mun i szklanym makaronem, podawane z ryżowymi naleśnikami do zawijania i miską słodko-kwaśnego sosu. Ale prawdziwa zabawa smakami zaczyna się, gdy zejdziesz z utartego szlaku i odkryjesz, jak wiele twarzy ma ta prosta potrawa. W Wietnamie sajgonki to nie jeden przepis, a cała rodzina dań, różniąca się w zależności od regionu i pory roku.

Podróż na południe, do Sajgonu, zmienia wszystko. Tutaj króluje chả giò - sajgonka o cieńszej, bardziej chrupiącej skórce z papieru ryżowego, często nadziewana krewetkami, krabem i świeżymi ziołami. Z kolei w centralnym Hue, mieście o królewskiej tradycji kulinarnej, sajgonki przybierają formę bánh ít ram - mini ryżowych pierożków, które z jednej strony są smażone na chrupko, a z drugiej pozostają miękkie i kleiste. To genialny kontrast tekstur, który warto spróbować, zwłaszcza jeśli masz dość jednostajności standardowych dań z karty.

Nie zapominaj też o wersjach na surowo. Goi cuon, czyli letnie sajgonki zawijane w przezroczysty papier ryżowy ze świeżymi ziołami, makaronem ryżowym, krewetkami i plastrami wieprzowiny, to zupełnie inna bajka. Są lekkie, orzeźwiające i idealne na upały. W Danangu często podają je z dodatkiem grillowanej wieprzowiny i sosem z nerkowców. Jeśli jesteś w okolicy Hoi An, koniecznie zamów bánh cuốn thịt - cienkie, gotowane na parze naleśniki ryżowe nadziewane mięsem i grzybami, które bardziej przypominają włoskie ravioli niż klasyczne sajgonki. Każda z tych wersji ma swój unikalny smak, a dla prawdziwego łasucha zestawienie chrupiącego nem rán z kwaśnym sosem rybnym i ostrym chili to dopiero początek kulinarnej podróży.

Bánh mì - kanapka za 6 zł, która podbiła świat

Crispy spring rolls served with fresh cucumber and herbs on a plate.
Zdjęcie: Bich Tran

Na pierwszy rzut oka bánh mì wygląda jak zwykła bagietka z nadzieniem. Dopiero gdy weźmiesz ją do ręki i poczujesz chrupnięcie skórki, a potem ugryziesz, zrozumiesz, skąd wzięła się jej światowa sława. W Wietnamie to jedzenie jest tak powszechne, że sprzedają je na każdym rogu ulicy w Hanoi czy Ho Chi Minh. Za równowartość 6 złotych dostajesz kanapkę, która łączy w sobie francuskie pieczywo z azjatyckim charakterem. W środku znajdziesz najczęściej grillowaną wieprzowinę, plasterki ogórka, marchewkę w occie, świeże zioła i odrobinę chili. Całość skropiona jest sosem rybnym i majonezem, co daje smak słony, kwaśny, pikantny i słodki jednocześnie.

Warto zauważyć, że bánh mì to nie tylko jedno danie, a cała kategoria. Spotkasz wersje z krewetkami, jajkiem sadzonym, a nawet pasztetem wieprzowym. W porównaniu do pho, które jest zupą rozgrzewającą i sycącą na długo, bánh mì to opcja szybka i praktyczna. Idealnie pasuje, gdy chcesz zjeść coś na mieście bez siadania w restauracji. W przeciwieństwie do sajgonek, które jada się jako przystawkę, ta bagietka stanowi pełny posiłek. W lokalnych budkach często robią ją na bieżąco, więc składniki są świeże, a bagietka prosto z pieca wciąż gorąca.

Wielu turystów przyjeżdża do Wietnamu i skupia się wyłącznie na pho bo czy bun cha, zapominając o tej kanapce. Tymczasem bánh mì to doskonały punkt startowy do odkrywania kuchni wietnamskiej. Jeśli spróbujesz jej w pierwszym dniu podróży, od razu poczujesz, jak kuchnia wietnamska łączy w sobie prostotę i wyrazistość smaków. W porównaniu do banh xeo, które są naleśnikami z fasoli i krewetkami, bánh mì wydaje się mniej egzotyczne, ale to właśnie przez swoją znajomość szybko zdobywa sympatię. Warto szukać jej w miejscach, gdzie kolejka jest długa - to znak, że pieczywo jest świeże, a składniki przygotowane na miejscu.

Jedną z ciekawszych wersji jest bánh mì z dodatkiem owoców morza, choć to rzadkość nawet w Wietnamie. Częściej trafisz na nadzienie z wieprzowiny, które przypomina smakiem to, co jada się w restauracjach serwujących bun bo hue. Jeśli masz ochotę na coś lżejszego, wybierz wersję z warzywami i tofu. W każdym przypadku pamiętaj o chili - nawet mała ilość zmienia charakter całej kanapki. Bánh mì to dowód na to, że jedzenie w Wietnamie nie kończy się na zupach i sajgonkach. To potrawa, która udowadnia, że za 6 złotych możesz dostać coś, co smakuje lepiej niż niejedno danie w eleganckiej restauracji.

Mokre ciastka ryżowe bánh cuốn i ich poranna magia

W Hanoi poranek zaczyna się od pary unoszącej się nad ulicznymi kociołkami. To nie pho ani kawa z jajkiem, tylko bánh cuốn - delikatne, parzone płaty z mąki ryżowej, które miejscowi traktują jak śniadaniowy rytuał. W przeciwieństwie do ciężkiego pho bo czy intensywnego bun mam, ta potrawa stawia na lekkość i subtelność. Ciasto wylewa się cienką warstwą na napiętą tkaninę nad garnkiem z wrzątkiem, a po minucie zdejmuje drewnianym patyczkiem i nadziewa drobno posiekaną wieprzowiną z grzybami mun.

Sekret tkwi w konsystencji - te mokre ciastka ryżowe są tak aksamitne, że prawie rozpływają się na języku. Podaje się je zawsze z garścią świeżych ziół (bazylią, kolendrą, szczypiorkiem) oraz miseczką słodkawego sosu rybnego z posiekanym chili. W odróżnieniu od chrupiących sajgonek nem ran czy surowych goi cuon, bánh cuốn wymaga precyzji: za grube ciasto straci elastyczność, za cienkie - rozpadnie się przy zwijaniu. Najlepiej spróbować go w starej dzielnicy Hanoi, gdzie panie w stoiskach przy chodnikach składają je z wprawą godną zegarmistrza.

Dla kogoś, kto myśli, że wietnamska kuchnia to tylko makaron ryżowy i bulion, bánh cuốn będzie objawieniem. Nie znajdziesz tu wyrazistego smaku mięsa ani intensywności ostrej pasty - zamiast tego dostajesz czystą esencję ryżu, zrównoważoną słonością sosu i świeżością warzyw. Do tego obowiązkowo kubek kawy z mlekiem skondensowanym, która przełamie delikatność dania. W Hue robią wersję z dodatkiem krewetek, w Sajgonie wolą grubszą warstwę z fasolą, ale oryginał z Hanoi pozostaje bezkonkurencyjny. Warto odłożyć na bok znajome banh mi czy bun cha i dać się zaskoczyć tej porannej magii, która nie wymaga ani widelca, ani skomplikowanych przypraw - wystarczy dobra miseczka i chwila spokoju.

Zupa krabowa bún riêu - esencja wietnamskiego wybrzeża w miseczce

Zupa krabowa bún riêu to jedna z tych potraw, które w Wietnamie zna każdy, ale poza granicami kraju pozostaje w cieniu bardziej rozpoznawalnego pho. A szkoda, bo to właśnie w niej czuć prawdziwy smak wietnamskiego wybrzeża - słony, intensywny i dziki. Podstawą jest bulion z krabów i krewetek, zakwaszony sokiem z tamaryndowca i pomidorami, co daje charakterystyczną, lekko czerwonawą barwę. Do środka trafia makaron ryżowy, ale nie ten cienki jak w pho, tylko grubszy, bardziej sprężysty - wstążki bún, które świetnie łapią gęsty, aromatyczny płyn.

W przeciwieństwie do pho bo, gdzie króluje mięso wołowe i prostota, bún riêu to feeria dodatków. Na wierzchu lądują kawałki pasty krabowej, krewetki, a często też plasterki wieprzowiny lub tofu. Do tego garść świeżych ziół: mięta, tajska bazylia, kolendra. I koniecznie chili - bez niego ta zupa traci pazur. W Hanoi podają ją z dodatkiem krwi wieprzowej, w Hue wersja jest ostrzejsza, a nad samym morzem wpuszczają więcej owoców morza. Każda miseczka opowiada inną historię regionu.

Bún riêu to też świetny przykład, jak kuchnia wietnamska łączy pozornie niepasujące składniki w spójną całość. Kwaśny bulion przełamuje słodycz krabów, a chili i sos rybny dodają głębi. Jeśli masz dość mdłych zup instant i chcesz spróbować czegoś, co faktycznie smakuje jak podróż, odłóż na bok pho i zamów bún riêu w którejś z wietnamskich restauracji. W Warszawie znajdziesz je w kilku miejscach na Marywilskiej, ale prawdziwą petardę serwują w małych budkach w dzielnicy Praga - tam bulion gotują od rana, a smak jest tak intensywny, że zapamiętasz go na długo.

Bánh xèo - chrupiący naleśnik, którego nie zjesz nożem i widelcem

Kiedy w wietnamskiej restauracji przynoszą ci na stół bánh xèo, pierwsze wrażenie jest zawsze takie samo - złocisty, chrupiący naleśnik wielkości talerza, a z niego wystają krewetki, kiełki fasoli i garść świeżych ziół. Nazwa pochodzi od dźwięku „xèo”, jaki wydaje ciasto wylewane na rozgrzaną patelnię. To nie jest delikatny francuski crêpe ani słodki naleśnik z serem. Bánh xèo ma być kruchy, intensywnie żółty od kurkumy i pełny w smaku.

Większość turystów popełnia ten sam błąd - próbuje jeść bánh xèo nożem i widelcem. Wietnamczycy robią to inaczej. Odrywasz kawałek naleśnika, wkładasz do liścia sałaty albo bibułki ryżowej, dokładasz świeżą miętę, bazylię, może odrobinę kiszonej marchewki i zanurzasz całość w rybnym sosie z chili i czosnkiem. Dopiero wtedy rozumiesz, o co w tym chodzi - kontrast między chrupiącą skorupką, soczystym nadzieniem i ostrym, słodko-kwaśnym sosem. To jedzenie, które angażuje ręce i wymaga skupienia.

W zależności od regionu, bánh xèo różni się wielkością i składnikami. W centralnym Hue podają je małe, wielkości spodka, z krewetkami i kiełkami fasoli. Na południu, w okolicach Ho Chi Minh, naleśniki są duże, grubsze i bardziej tłuste - często z dodatkiem wieprzowiny i grzybów. Jeśli trafisz do wietnamskiej restauracji, która robi je na miejscu, poproś, żeby pokazali ci, jak je zawijać. Wiele lokali w Hanoi i Sajgonie ma w karcie bánh xèo jako danie do dzielenia, ale spokojnie możesz zamówić własną porcję - jedna sztuka to raczej przystawka niż obiad.

Prawdziwy smak Wietnamu tkwi w takich detalach. W kraju, gdzie pho bo i banh mi są już globalnymi gwiazdami, bánh xèo pozostaje trochę w cieniu. A szkoda, bo to jedna z tych potraw, które najlepiej pokazują, jak kuchnia wietnamska łączy świeże warzywa, zioła i chrupiące tekstury w jednym, pozornie prostym daniu. Jeśli masz okazję spróbować go w lokalnym barze przy ulicy, zrób to - na pewno będzie lepszy niż w restauracji z angielskim menu.

Uliczne grillowanie na chodniku - od szaszłyków po owoce morza

W Wietnamie jedzenie na ulicy to codzienność, a grillowanie na chodniku ma swój niepowtarzalny rytm. Gdy zapada zmrok w Hanoi czy Ho Chi Minh, w powietrzu unosi się dym z małych, przenośnych grilli. To właśnie tam, na plastikowych stołkach przy krawężniku, czeka na ciebie prawdziwa esencja lokalnych smaków. Nie chodzi tylko o mięso - owszem, szaszłyki z wieprzowiny, często marynowanej w trawie cytrynowej i sosie rybnym, to klasyk. Ale prawdziwą frajdą jest obserwowanie, jak kucharz obraca nad węglami delikatne krewetki w pancerzach albo całe kalmary. Grillowanie na chodniku to spektakl, w którym bierzesz udział, a nie tylko oglądasz.

Często te przystawki z grilla podaje się w zestawie ze świeżymi ziołami, sałatą i papierem ryżowym. Zawijasz samodzielnie kawałek chrupiącego mięsa w liść bazylii, dodajesz pasek zielonego banana, maczasz w ostrym sosie chili i czujesz, jak wszystko gra. To zupełnie inny poziom interakcji z jedzeniem niż w restauracji, gdzie dostajesz gotowe danie na talerzu. W Wietnamie często sam decydujesz o proporcjach, mieszasz tekstury i balansujesz smaki według własnego uznania.

Nie możesz pominąć grillowanych owoców morza, szczególnie w nadmorskich miasteczkach. Przegrzebki w skorupach polane masłem czosnkowym, całe ryby nadziane trawą cytrynową, a nawet ośmiornice - wszystko ląduje na ruszcie. Ceny są śmiesznie niskie, zwłaszcza gdy porównasz je do europejskich standardów. Za porcję krewetek zapłacisz równowartość kilku złotych, a do tego dostaniesz miskę ryżu i miseczkę z sosem orzechowym. To jedzenie, które smakuje lepiej, gdy siedzisz na niskim stołku, a obok ciebie miejscowy handlarz opowiada o swoim towarze, mieszając w garnku z bulionem.

Właśnie w takich momentach przekonujesz się, że wietnamska kuchnia uliczna ma swoją duszę. Nie chodzi o wyszukane dekoracje ani o menu w pięciu językach. Chodzi o ogień, świeże składniki i bezpretensjonalność. Jeśli chcesz spróbować czegoś, co wykracza poza standardowe pho bo czy banh mi, usiądź na chodniku, zamów talerz grillowanej wieprzowiny z ryżem i pozwól, by aromaty węgla drzewnego i chili zrobiły swoje.

Ryż łamany cơm tấm - obiad biedoty, który stał się przysmakiem

Kiedy w Sajgonie poprosisz w knajpie o ryż, kelner rzuci pytanie: „bình thường hay tấm?”. To drugie oznacza cơm tấm, czyli ryż łamany - kiedyś odrzut z młynów, dziś jedna z najbardziej charakterystycznych potraw południowego Wietnamu. Ziarna są krótsze, bardziej sypkie i lepiej wchłaniają sos, który w tej wersji gra pierwsze skrzypce. Na talerzu ląduje wieprzowina - grillowany kotlet, cienki kawałek skórki z tłuszczem pieczony do chrupkości, czasem bita wołowina lub ryba. Do tego jajko sadzone, plaster pomidora, ogórek, kiszona rzodkiew i marchewka. Całość polewasz słodko-kwaśnym sosem rybnym z chili i czosnkiem - to on scala wszystko w jeden, wyrazisty smak.

W Hanoi tej potrawy prawie nie znajdziesz. Cơm tấm to domena Sajgonu i okolic, gdzie ryż łamany przez lata był posiłkiem biedoty, która nie mogła sobie pozwolić na pełne ziarno. Dziś jadają go wszyscy - od robotników po biznesmenów w porze lunchu. W tanich budkach na chodniku dostaniesz porcję za 20-30 tysięcy dongów, czyli około 4-5 złotych. W lepszych restauracjach zapłacisz dwa razy więcej, ale różnica często polega na dodatkach - mogą pojawić się krewetki, omlet z warzywami albo bì cuộn, czyli cienkie plastry skóry wieprzowej z sezamem.

Jeśli masz ochotę spróbować czegoś innego niż klasyczne phở czy bún chả, cơm tấm to strzał w dziesiątkę. Nie potrzebujesz pałeczek - wystarczy łyżka i widelec, bo ryż łamany łatwo nabierać. Warto od razu poprosić o miseczkę z dipem z papryczek i czosnku w occie - dodaje kopa i przełamuje tłustość mięsa. W Sajgonie szukaj szyldów z napisem „cơm tấm” i tłumem siedzącym na plastikowych stołkach - to znak, że miejsce jest sprawdzone. Smak tej potrawy jest prosty, ale niejednoznaczny: słodki, słony, ostry i kwaśny naraz, a chrupiąca skórka wieprzowa kontrastuje z miękkim ryżem.

Kawa z jajkiem i inne napoje, bez których nie ruszysz się dalej

W Hanoi, zanim w ogóle pomyślisz o pho czy banh mi, musisz zmierzyć się z kawą. I to nie byle jaką, tylko z jajkiem. Kawiarnia Giang przy ulicy Nguyen Huu Huan serwuje ją od lat 40. XX wieku, a przepis powstał, gdy mleko skondensowane było towarem deficytowym. Zamiast niego do żółtka dodano cukier i ubijano na gęstą, kremową pianę, która unosi się na filiżance mocnej, czarnej kawy. Pijesz to przez gęstą warstwę, która smakiem przypomina crème brûlée w płynie. Nie ma tu mowy o żadnym pospiesznym łyku z papierowego kubka. To rytuał, który trwa dobre dwadzieścia minut. Wietnamczycy często zabierają ze sobą niskie stoliki i plastikowe krzesełka prosto na chodnik, żeby sączyć kawę wśród huku skuterów. Jeśli wolisz wersję bez jajka, zamów ca phe sua da - mrożoną z mlekiem skondensowanym. Jest słodka, mocna i ratuje życie w upał.

Z kawą nierozerwalnie łączy się herbata. Nie ta z torebki, tylko lotosowa, jaśminowa albo zielona z trawą cytrynową. W Hue, dawnym mieście cesarskim, podają ją w małych glinianych czajnikach, często za grosze. Do tego obowiązkowo miseczka z pestkami słonecznika albo kandyzowanym imbirem. To właśnie przy takiej herbacie poznasz prawdziwy rytm wietnamskiego dnia. Nie ma pośpiechu, jest rozmowa i obserwacja ulicy.

Gdy już przebrniesz przez kawę i herbatę, czas na coś mocniejszego. Biały alkohol z ryżu, czyli ruou, to specyfik, który znajdziesz głównie w lokalnych barach i na targach. Wersja z wężem w butelce to już klasyk, choć bardziej dla turystów. Lokalni piją go prostego, małymi kieliszkami do jedzenia. Smakuje ostro, pali w gardle, ale po jednym razie wiesz, że to nie zabawka. Jeśli wolisz piwo, sięgnij po Bia Saigon albo Hanoi Beer. Kosztują około 5-10 tysięcy dongów, czyli jakieś 1-2 złote. Pijesz je prosto z lodówki, z lodem, w towarzystwie miseczki orzeszków i suszonych kalmarów. To jest właśnie Wietnam - nie trzeba wiele, żeby poczuć ten klimat.

Pocztówka od autora

Tomasz Lewandowski

Redaktor podróżniczy - przewodniki, praktyczne porady i inspiracje na podróże życia.

Poznaj Tomasza
Tomasz Lewandowski