Przejdź do treści
Europa

Braszów Co Zjeść - 10 Najlepszych Lokalnych Przysmaków

Odkryj 10 najlepszych lokalnych przysmaków Braszowa i poczuj prawdziwy smak Rumunii. Sprawdź, co zjeść w sercu Siedmiogrodu.

Pozdrowienia z: Europa Par avion

Braszowskie śniadanie na rynku, czyli od czego zacząć jedzeniową przygodę w mieście

Jeśli chcesz poczuć prawdziwy klimat Braszowa, zacznij dzień na rynku Piața Sfatului. To właśnie w tym miejscu, pod wieżą ratusza, bije serce starego miasta. Zamiast szukać sieciówek, skieruj się do jednej z restauracji wokół placu. Większość z nich serwuje śniadania do późnego przedpołudnia, a ceny wciąż są przyjazne dla portfela. Możesz zamówić tradycyjne placinte (słone lub słodkie placki) albo po prostu kawę i obserwować, jak miasto budzi się do życia. Dla oszczędnych dobrym wyborem będzie piekarnia na jednej z bocznych uliczek, gdzie za kilka lei kupisz świeży precel lub kurtoszkalács.

Po śniadaniu masz dwa naturalne kierunki. Pierwszy to spacer w stronę Czarnego Kościoła. Oficjalnie nazywa się Biserica Neagră i jest gotycką perłą Siedmiogrodu. Bilet wstępu kosztuje około 20 lei, a wewnątrz zobaczysz nie tylko imponujące organy, ale też kolekcję dywanów anatolijskich. Jeśli wolisz zostać na zewnątrz, przejdź pod Bramę Katarzyny - to jedna z nielicznych zachowanych bram obronnych. Stamtąd widać, jak potężne mury niegdyś chroniły miasto.

Drugi obowiązkowy punkt to widok z Góry Tâmpa. Nie musisz się męczyć - wybierz się kolejką linową, która wjeżdża na szczyt w kilkanaście minut. Bilet w obie strony to wydatek rzędu 30-35 lei. Z góry rozpościera się panorama całego Braszowa, a przy dobrej pogodzie widać nawet odległe szczyty Karpat. To idealne miejsce, by zrobić zdjęcie i zaplanować resztę dnia.

Jeśli masz ochotę na wycieczkę poza centrum, Zamek Bran jest oddalony o około 30 minut autem. Pamiętaj tylko, że w sezonie lepiej przyjechać wcześnie rano, bo kolejki do kasy bywają długie. Parking w okolicy kosztuje 10-15 lei za godzinę. W samym Braszowie za nocleg w starej części miasta zapłacisz od 120 do 250 zł za dobę, w zależności od standardu. Warto planować z wyprzedzeniem, bo w weekendy pokoje rozchodzą się szybko. Na koniec dnia wróć na rynek - wieczorem Piața Sfatului zmienia się w miejsce spotkań, a światła latarni podkreślają średniowieczny charakter uliczek.

Zupa z fasoli w chlebowym bochenku i inne dania, które pachną dzieciństwem

W Braszowie jedzenie to nie tylko paliwo na zwiedzanie, ale często pierwsze zetknięcie z rumuńską gościnnością. Jeśli masz ochotę na coś, co rozgrzeje cię po spacerze po murach starego miasta, szukaj restauracji serwujących ciorbă de fasole. To gęsta, lekko kwaśna zupa fasolowa, którą podają w wydrążonym bochenku chleba. Jeden kęs i od razu czujesz, skąd bierze się reputacja Siedmiogrodu jako krainy sycących smaków. W okolicach rynku Piața Sfatului znajdziesz knajpki, gdzie za równowartość 20-30 złotych dostaniesz pełny obiad, a kelner z uśmiechem poleci ci także local wine - bo choć Rumunia kojarzy się głównie z piwem, to tutejsze wina potrafią zaskoczyć.

Wielu turystów wpada w pułapkę jedzenia wyłącznie przy głównym placu, gdzie ceny są wyższe, a dania często ujednolicone pod zachodnie gusta. Tymczasem wystarczy skręcić w jedną z wąskich uliczek odchodzących od Czarnego Kościoła, by trafić do rodzinnych bistro, gdzie gospodyni sama gotuje. To właśnie tam, w cieniu wieży ratuszowej, spróbujesz mămăligi - polenty kukurydzianej z serem i śmietaną, która na co dzień gości na stołach rumuńskich babć. Jeśli po wizycie na Górze Tâmpa (wjeżdżasz kolejką linową albo wchodzisz pieszo na widoki) poczujesz głód, nie szukaj fast foodów. Lepiej wstąp do knajpy przy bramie Katarzyny, gdzie za kilka lei dostaniesz langosza z czosnkiem i kwaśną śmietaną.

Planując wycieczki w okolice, pamiętaj, że zamek Bran (ten od Drakuli) jest pełen turystów, ale w jego okolicy znajdziesz gospody serwujące pieczoną baraninę z lokalnych farm. Oszczędni podróżnicy często zabierają ze sobą prowiant z Braszowa - sery owcze, wędliny i chleb na zakwasie kupisz na porannym targu przy starym mieście. I choć nowoczesność wdziera się tu powoli, w sercu Siedmiogrodu wciąż łatwiej o legendy w talerzu niż o sieciowe jedzenie. Wystarczy usiąść na ławeczce na rynku, zamówić kawę i patrzeć, jak historia miesza się z codziennością - a w tle unosi się zapach chleba prosto z pieca.

Mici, sarmale i bulz - święta trójca rumuńskich comfort foodów z Braszowa

Mici, sarmale i bulz to trzy dania, które w Braszowie smakują inaczej niż gdziekolwiek indziej. Mici, czyli małe, grillowane roladki z mielonego mięsa, znajdziesz w każdej budce na rynku Piața Sfatului, ale najlepsze serwują w knajpach przy uliczkach starego miasta. Sarmale, zawijane w kiszone liście kapusty, to danie, które na stole ląduje zwykle na niedzielny obiad. W Braszowie podają je z gęstą śmietaną i polentą, a nie z ziemniakami. Bulz, czyli ziemniaczane kluski nadziewane serem i boczkiem, to z kolei propozycja dla tych, którzy po całodziennym zwiedzaniu potrzebują konkretnego zastrzyku energii.

Kiedy skończysz oglądać Czarny Kościół i Bramę Katarzyny, głód da o sobie znać. W centrum, tuż przy wieży ratusza, znajdziesz kilka restauracji, które specjalizują się w tych trzech daniach. Ceny są zaskakująco niskie jak na serce Siedmiogrodu. Za porcję miców zapłacisz około 15-20 lei, sarmale z dodatkami to wydatek 25-30 lei, a bulz kosztuje podobnie. W porównaniu do cen na zamku Bran, gdzie za prosty obiad dla dwojga zapłacisz 150 lei, w Braszowie jesz jak oszczędni, ale nie oszczędzasz na jakości.

Jeśli planujesz wycieczki w okolice, warto zjeść porządny posiłek przed wjazdem kolejką linową na górę Tâmpa. Widoki z góry robią wrażenie, ale na szczycie znajdziesz tylko bufet z przekąskami. Lepiej wcześniej najeść się w mieście, a potem wjechać kolejką i podziwiać panoramę. Spacer po starym mieście po obiedzie to czysta przyjemność. Mury, wąskie uliczki i zapach jedzenia z pobliskich kuchni mieszają się z historią i nowoczesnością. Legendy o Czarnym Kościele i smak bulzu z knajpy przy rynku tworzą wspomnienie, które zostaje na długo.

Gdzie diabeł mówi dobranoc, a ty zjadasz najlepszy deser w Transylwanii

breakfast spread with waffles eggs and juice
Zdjęcie: Rachel Park

Braszów ma w sobie coś, czego nie da się podrobić. To miasto, w którym historia nie stoi w muzealnej gablocie, tylko toczy się codziennie na bruku Rynku i w cieniu Czarny Kościół. I choć nazwa „Czarny Kościół” brzmi jak z horroru, to w środku znajdziesz jedną z największych kolekcji dywanów anatolijskich w Europie i organy, które pamiętają Bacha. Zwiedzanie starego miasta warto zacząć od Piața Sfatului, czyli Ratusz, który od wieków jest sercem miasta. Stąd, przez Bramę Katarzyny, wejdziesz w labirynt wąskich uliczek, gdzie kamienice pamiętają jeszcze saskich kupców. Jeśli masz nogi dobre na wędrówki, wjedź kolejką linową na Góra Tâmpa - panorama stąd jest warta każdego grosza za bilet. A jeśli wolisz spacer, to na szczyt wejdziesz w jakieś 40 minut, a po drodze mijasz fragmenty dawnych murów obronnych.

W Braszowie nie ma problemu z tym, żeby zjeść dobrze. Wokół Rynku znajdziesz dziesiątki restauracji, ale prawdziwy smak Siedmiogrodu poczujesz tam, gdzie kelner poleca coś z garnka, a nie z karty. I tu ciekawostka dla oszczędnych: obiad w bocznej uliczce od Rynku potrafi kosztować o połowę mniej niż na samej Piața Sfatului, a smak jest ten sam. Wieczorem, gdy światła latarni rozświetlają stare miasto, a z okien Czarny Kościół słychać próbę chóru, Braszów pokazuje swoją drugą twarz - spokojną, intymną, trochę magiczną.

Planując wycieczki w okolice, nie możesz pominąć Zamku Bran. To ten, który w legendach łączy się z Draculą, ale w rzeczywistości to solidna, średniowieczna forteca z widokami, które zapierają dech. Jeśli masz więcej czasu, warto wjechać dalej w góry lub pojechać do Sighișoary, ale to już materiał na osobny dzień. Pamiętaj tylko o jednym: nocleg w centrum, w pobliżu starego miasta, to oszczędność czasu i nerwów. Parking w Braszowie to osobna historia, ale jeśli trafisz na parking pod murami, masz miasto na wyciągnięcie ręki.

Uliczne jedzenie na Piața Sfatului - co warto złapać w biegu między atrakcjami

Zamiast siadać do obiadu w jednej z turystycznych restauracji na rynku, lepiej zrobić rundkę po budkach i food truckach, które ustawiają się wokół fontanny. Na Piața Sfatului królują langosze - głęboko smażone, chrupiące placki z ciasta drożdżowego, które miejscowi polewają czosnkowym sosem i śmietaną, a potem posypują startym żółtym serem. To danie idealne między zwiedzaniem Czarnego Kościoła a podejściem pod mury starego miasta. Jeśli wolisz coś bardziej mięsnego, szukaj straganów z mici - rumuńskich rolad z mielonego mięsa, pieczonych na węglach, podawanych w kawałku chleba z musztardą. Za około 10-15 lei (8-12 zł) masz sycący posiłek, który zjesz stojąc, patrząc na ratusz i bramę Katarzyny.

Dla oszczędnych to sposób, żeby nie przepłacać w knajpach w centrum, a przy okazji spróbować czegoś autentycznego. Na rynku trafisz też na stoiska z kurtoszkalacsem - węgierskim ciastem pieczonym na rożnie, posypanym cynamonem lub kokosem. Jeśli planujesz wjechać kolejką linową na górę Tâmpa, weź go ze sobą - panorama Siedmiogrodu smakuje lepiej z czymś słodkim. Wieczorem food trucki przy Piața Sfatului zmieniają klimat na bardziej imprezowy, serwując burgery z lokalną wołowiną i frytki z sosem czosnkowym. To dobra opcja, gdy po całym dniu zwiedzania zamku Bran i spaceru po wąskich uliczkach starego miasta nie masz siły szukać formalnej restauracji.

Uliczne jedzenie na rynku to też okazja, żeby popatrzeć na miasto z innej perspektywy. Siedzisz na murku, z widokiem na wieże i dachy, a wokół toczy się życie - dzieci gonią gołębie, starsi panowie grają w szachy, turyści robią zdjęcia ratuszowi. Nie szukaj tu wyrafinowanych smaków ani długiego menu - chodzi o szybkość, cenę i atmosferę. Jeśli masz nocleg w okolicy, wróć na rynek wieczorem, kiedy światła podświetlają Czarny Kościół i bramę Katarzyny, a kolejka po langosza jest krótsza. To serce Braszowa, gdzie historia miesza się z nowoczesnością, a jedzenie w biegu staje się częścią zwiedzania.

Lokalne bary i knajpy, do których nie trafisz z przewodnika

Jeśli myślisz, że w Braszowie zjesz tylko przy Rynku albo w sieciówkach na głównym deptaku, czeka cię spora niespodzianka. Prawdziwe jedzenie, które zapamiętasz na długo, znajdziesz tam, gdzie przewodniki nie zaglądają. Zamiast drogie restauracje na Piața Sfatului, lepiej skierować się w boczne uliczki Starego Miasta. Wąskie przejścia między kamienicami kryją knajpy, w których miejscowi zamawiają po pracy talerz mici z frytkami i zimne Ciucaș. W takich miejscach nie ma menu w pięciu językach, a kelner często poleca to, co akurat wyszło spod ręki. To właśnie tam poczujesz prawdziwy Siedmiogród, bez przerabiania go na potrzeby turysty.

Szczególnie dobrze zjesz w okolicach ulicy Michaela Weissa, kilka minut spacerem od Czarnego Kościoła. Wchodzisz do środka, a zapach czosnku i grillowanego mięsa miesza się z gwarem rumuńskich rozmów. Za przystawkę zapłacisz jakieś 15-20 lei, a za solidny obiad z domowym winem - niecałe 60 lei. To mniej niż w centrum, a porcje są dwa razy większe. Jeśli planujesz wycieczki w okolice, na przykład do Zamku Bran, warto zjeść przed wyjazdem właśnie tutaj - syto i tanio. Dla oszczędnych to najlepsza opcja, żeby najeść się bez przepłacania.

Nie ignoruj też małych piekarni i barów mlecznych przy uliczkach odchodzących od Rynku. W takim miejscu kupisz świeży covrig z serem albo plăcintă z dynią za parę lei. To idealne na szybkie śniadanie przed wjazdem kolejką linową na Górę Tâmpa. Widoki z góry robią wrażenie, ale żołądek też musi być zadowolony. Lokalne bary często nie mają szyldów po angielsku, ale wystarczy wejść i zamówić, pokazując palcem. Takie knajpy to serce miasta - bez legend i lukru, za to z autentycznym smakiem.

Sery z gór Făgăraș i mięsa z wędzarni - produkty, które warto przywieźć do domu

Wizyta w Braszowie to nie tylko spacer po kolorowych uliczkach starego miasta czy podziwianie panoramy z Góry Tâmpa. To też okazja, żeby zabrać do domu kawałek prawdziwego Siedmiogrodu, który smakuje i pachnie zupełnie inaczej niż wszystko, co znajdziesz w supermarketowych lodówkach. Mówię konkretnie o serach z gór Făgăraș i wędzonych mięsach z lokalnych bacówek. To produkty, które powstają tu od pokoleń, a ich jakość bije na głowę masową produkcję.

W okolicznych wioskach, godzinę drogi od centrum Braszowa, wciąż działa kilkanaście małych gospodarstw, które wyrabiają sery metodami sprzed stu lat. Najbardziej charakterystyczny jest brânză de burduf - ser owczy dojrzewający w korze świerkowej. Ma intensywny, lekko żywiczny posmak i kruszącą się konsystencję. Świetnie komponuje się z polentą i pieczoną papryką. Drugi to telemea - słonawy, biały ser, który w Rumunii je się na śniadanie z pomidorami i cebulą. Jeśli trafisz na lokalny targ na placu Piața Sfatului, możesz kupić go prosto od gospodarzy, którzy przyjeżdżają tu z samego rana.

Nie mniej ważne są wędliny. Rumuni mają w tej kwestii długą tradycję, a w Braszowie i jego okolicach znajdziesz wędzarnie, które używają wyłącznie drewna bukowego i owocowego. Szukaj słoniny po rumuńsku - to nie jest zwykły boczek. To gruby plaster boczku wędzonego na zimno, z warstwą mięsa i wyraźnym aromatem dymu. Do tego dochodzi pastramă, czyli wołowina peklowana i suszona, która smakuje jak lepsza wersja naszego polskiego suszonego mięsa. W przeciwieństwie do masowo produkowanych wędlin, te z Făgăraș nie zawierają polepszaczy ani sztucznych dodatków.

Planując wycieczkę do Rumunii, warto zarezerwować sobie czas nie tylko na zwiedzanie zamku Bran czy spacer po murach starego miasta. Jeśli masz samochód, wjedź w głąb doliny Făgăraș - tam, gdzie kończą się asfaltowe drogi. W małych sklepikach przy bacówkach kupisz sery i wędliny wprost z piwnicy. Ceny są niższe niż w centrum Braszowa, a jakość o niebo lepsza. Dla oszczędnych to świetna okazja, żeby zaopatrzyć się w produkty, które w Polsce kosztują dwa razy tyle. Pamiętaj tylko, żeby sprawdzić przepisy celne - na własny użytek możesz przewieźć do 5 kilogramów nabiału i wędlin, pod warunkiem że są oryginalnie zapakowane.

Wino z Dealu Mare czy palinka z sąsiadem? Alkoholowa mapa Braszowa

Braszów nie ma jednego oblicza, jeśli chodzi o alkohol. Z jednej strony to miasto, w którym przy rynku Piața Sfatului znajdziesz knajpy serwujące wina z krainy Dealu Mare - rumuńskie odpowiedniki francuskiego Bordeaux, ale za połowę ceny. Butelka przyzwoitego Fetească Neagră kosztuje w restauracji około 60-80 lei, czyli jakieś 55-70 zł. Z drugiej strony, jeśli wejdziesz w boczną uliczkę starego miasta, przywita cię zapach palinki, czyli śliwkowej nalewki, którą Siedmiogrodzcy Węgrzy piją na zdrowie i na rozgrzewkę. W lokalach przy Czarnym Kościele zdarza się, że właściciel postawi ci kieliszek za darmo, pod warunkiem że zamówisz coś do jedzenia - i to jest właśnie ten lokalny, niepisany kodeks gościnności.

Dla oszczędnych lepszym wyborem będą piwiarnie w okolicach Bramy Katarzyny, gdzie za 10 lei (ok. 9 zł) dostaniesz pół litra lokalnego Ursus. Ale jeśli chcesz poczuć klimat starego miasta jak miejscowy, idź na wino do restauracji z widokiem na wieżę ratusza. Kelner często poleci ci wytrawne Fetească Albă z małej winnicy pod Braszowem, które świetnie pasuje do tradycyjnych sarmale (gołąbków w liściach kapusty). Co ciekawe, w przeciwieństwie do Bukaresztu, w Braszowie nie ma presji na drogie drinki - tutaj liczy się rozmowa z sąsiadem przy stoliku i historia, którą opowiada każda butelka.

Jeśli wybierasz się na zwiedzanie zamku Bran, nie szukaj wina w sklepiku przy zamku - lepiej kup butelkę w centrum, w sklepie przy Piața Sfatului, i wypić ją wieczorem na tarasie z widokiem na Górę Tâmpa. Wjazd kolejką linową na Tâmpę to świetny pomysł przed kolacją, bo widoki o zachodzie słońca robią wrażenie, a po zejściu na piechotę w dół możesz wpaść do knajpy przy murach starego miasta, gdzie podają domową palinkę z miodem. To właśnie ta mieszanka nowoczesności i legend, wina i nalewki, sprawia, że Braszów smakuje inaczej niż reszta Rumunii.

Gdzie zjeść z widokiem na Czarny Kościół i nie przepłacić

Jeśli szukasz miejsca, gdzie posiłek łączy się z widokiem na Czarny Kościół, nie musisz od razu celować w najdroższe restauracje na Rynku. Większość turystów kieruje się wprost na Piața Sfatului, ale to błąd - ceny tam są wywindowane przez lokalizację, a jakość często średnia. Lepiej skręcić w boczne uliczki starego miasta, na przykład w stronę wieży lub w okolice murów przy Bramie Katarzyny. Tam znajdziesz knajpki, z których tarasów roztacza się panorama dachów i samego kościoła, a rachunek nie zrujnuje budżetu.

Bardzo polecam sprawdzić miejsca serwujące tradycyjną kuchnię rumuńską w niskich cenach. W centrum, kilka minut spacerem od Rynku, działa kilka sprawdzonych restauracji, gdzie za zupę i danie główne zapłacisz tyle, co w zwykłym barze mlecznym w Polsce. Wbrew pozorom, nie trzeba wjeżdżać kolejką linową na Górę Tâmpa, żeby podziwiać widoki - wystarczy stolik na zewnątrz, przy którym widać wieże Czarnego Kościoła i fragmenty starych murów. To świetna opcja dla oszczędnych, którzy chcą poczuć klimat Siedmiogrodu bez przepłacania.

Jeśli planujesz dłuższe zwiedzanie, warto zjeść obiad wcześniej, przed godziną 14 - wtedy w wielu lokalach są tańsze zestawy dnia. Pamiętaj też, że w okolicy Rynku jest sporo knajp z kuchnią fusion, ale prawdziwe smaki znajdziesz tam, gdzie jedzą miejscowi, czyli przy uliczkach odchodzących od Piața Sfatului w stronę wieży i muzeum. W sezonie bilety do Czarnego Kościoła i parking w centrum potrafią zjeść spory budżet, więc oszczędność na jedzeniu ma sens. Zamiast wydawać 50 zł na obiad przy samym Rynku, za 30 zł zjesz równie dobrze, siedząc z widokiem na stary ratusz i dachy starego miasta.

Podsumowując, nie daj się zwieść pozorom - najlepsze miejsce na posiłek z panoramą na Czarny Kościół znajdziesz, schodząc z głównego traktu. Spacer wąskimi uliczkami, między murami a Bramą Katarzyny, to nie tylko okazja do podziwiania architektury, ale też szansa na tani i smaczny obiad. W okolicy znajdziesz też noclegi w rozsądnych cenach, więc możesz spokojnie planować wycieczki po okolicach, na przykład do zamku Bran, bez martwienia się o codzienne wydatki na jedzenie.

Słodkie zakończenie dnia: papanasi, kürtőskalács i inne transylwańskie grzechy

Po całym dniu zwiedzania, gdy nogi ciężą po brukowanych uliczkach starego miasta, a głowa wciąż pracuje na pełnych obrotach od widoków i historii, przychodzi czas na to, co Rumuni robią najlepiej - celebrowanie jedzenia. W Braszowie nie chodzi tylko o to, żeby zjeść. Chodzi o rytuał. Siadasz na rynku Piața Sfatului, patrzysz na elewację ratusza i wiesz, że przed tobą stoi coś, czego nie spróbujesz w żadnej innej części Europy. Papanasi, czyli puszyste pączki z twarogu, polane kwaśną śmietaną i konfiturą z jagód, to kwintesencja tutejszego deseru. Są tak ciężkie i treściwe, że spokojnie mogłyby zastąpić obiad, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie rezygnuje z obiadu w Braszowie.

Jeśli wolisz coś lżejszego albo do zabrania w dłoń podczas spaceru w stronę Czarny Kościół, postaw na kürtőskalács. Ten pieczony na węglu wałek z ciasta drożdżowego, obtoczony w cynamonie i orzechach, tutaj smakuje inaczej niż w Budapeszcie - jest bardziej chrupiący, mniej słodki, z nutą dymu z paleniska. Na uliczkach wokół placu znajdziesz go w kilku wersjach: z kremem waniliowym, z polewą czekoladową albo klasyczną, która najlepiej komponuje się z widokiem na Górę Tâmpa. A gdy wieczór robi się chłodniejszy, a Ty wracasz z wycieczki na Zamek Bran, warto wstąpić do którejś z restauracji przy murach starego miasta. Tam podadzą Ci langosza z serem i czosnkiem albo placek z dynią - proste, sycące, bez udawania finezji.

Oszczędni turyści też znajdą coś dla siebie. W piekarniach przy Brama Katarzyny kupisz za kilka lei placek z serem lub szpinakiem, który spokojnie wystarczy na drugie śniadanie podczas planowania kolejnego dnia w okolicach Siedmiogrodu. Nie daj się zwieść myśli, że w Rumunii jada się tylko ciężko. W centrum, tuż przy wieży, znajdziesz kawiarnie serwujące lekkie serniki na zimno z owocami leśnymi albo budynie z mleka koziego. To właśnie ta mieszanka - od sycących, wręcz dekadenckich deserów po subtelne, letnie słodkości - sprawia, że Braszów smakuje jak miasto, które nie boi się ani historii, ani nowoczesności. I choć papanasi zostaną z Tobą na długo, to właśnie ten kontrast sprawia, że wracasz tu myślami, nawet gdy kolejka linowa już dawno zawiozła ostatnich turystów na Tâmpę.

Pocztówka od autora

Tomasz Lewandowski

Redaktor podróżniczy - przewodniki, praktyczne porady i inspiracje na podróże życia.

Poznaj Tomasza
Tomasz Lewandowski