Przejdź do treści
Europa

Belgrad Co Zjeść - 10 Lokalnych Przysmaków, Które Musisz Spróbować

Odkryj 10 lokalnych przysmaków Belgradu, które musisz spróbować - od kultowych ćevapi po ukryte kulinarne perełki serbskiej stolicy.

Plate of flavorful grilled cevapi with fresh vegetables and red pepper sauce. Perfect traditional Balkan meal. Pozdrowienia z: Europa Par avion

Ćevapi z Sarajevskiej - dlaczego ta jedna ulica zmieni twoje wyobrażenie o grillu

Idziesz ulicą Sarajevską w Belgradzie i nagle czujesz ten zapach. Dym, tłuszcz, przypalane mięso. To nie ma nic wspólnego z grillem z polskiego ogródka. Tu ćevapi przygotowują na wielkich, poziomych rusztach, a obsługa przekrzykuje się przez dym, podając porcje w ciepłej, miękkiej lepinji. Zanim zdążysz pomyśleć o diecie, już stoisz w kolejce.

Na pierwszy rzut oka to tylko małe, wałeczkowate kawałki mielonego mięsa. Ale w Belgradzie to coś więcej. Jedna porcja kosztuje cię jakieś 300-400 dinarów, czyli około 10-12 złotych. Do tego koniecznie cebula, surowa, pokrojona w grube krążki, i kajmak - gęsty, kremowy ser, który łagodzi ostrość. Nie kombinuj z ketchupem, bo miejscowi spojrzą na ciebie z politowaniem. Sarajevska to nie tylko ćevapi. To również pljeskavica, czyli ogromny, płaski kotlet z tego samego mięsa, często nadziewany serem lub ajvarem.

Po takim obiedzie masz siłę na zwiedzanie. Kalemegdan, twierdza nad ujściem Sawy do Dunaju, jest stąd o 15 minut spacerem. Wracając, wstąp na Plac Republiki i przecznymi uliczkami do Skadarliji. To stara, brukowana dzielnica bohemy, gdzie restauracje grają tradycyjną muzykę, a kelnerzy w białych fartuchach niosą tace pełne mięsa. Ceny są wyższe niż na Sarajevskiej, ale atmosfera robi robotę. Za sznycel Karadordeva, czyli panierowany kotlet nadziewany kajmakiem, zapłacisz około 800 dinarów. Do tego prebranac - pieczona fasola, która smakuje jak domowa, tylko lepsza.

Jeśli masz napięty budżet, nie omijaj piekarni Trpković na Kneza Mihailovej. Za 50 dinarów kupisz bułkę z białym serem, a za 100 - gigantyczną porcję gibanicy, czyli warstwowego ciasta z serem. To śniadanie, które starczy ci na pół dnia. Wieczorem wróć nad Sawę. Życie nocne w stolicy Serbii to nie kluby, tylko barki na rzece. Piwo kosztuje 150 dinarów, a widok na oświetlony Kalemegdan jest za darmo.

Pljeskavica na placu - gdzie szukać wersji XXL i z jakim dodatkiem wypada najlepiej

Plac Republiki to naturalny punkt startowy każdego spaceru po Belgradzie, ale mało kto wie, że zaraz za rogiem, w bocznej uliczce, czeka jedna z najlepszych pljeskavic w mieście. Lokal „Mali Kalemegdan” serwuje wersję XXL - mięsny placek waży tam około 350 gramów i jest grillowany na węglu drzewnym. Kluczem do sukcesu okazuje się dodatek: zamiast standardowej cebuli i ajvaru, poproś o domowy ser kajmak i ostrą paprykę marynowaną w occie. Kajmak, tłusty i kremowy, świetnie równoważy intensywność mięsa, a kwasowość papryki przecina tłuszcz. Cena takiego zestawu to około 650 dinarów, czyli jakieś 25 złotych, i spokojnie nasyci nawet po całodziennym zwiedzaniu twierdzy Kalemegdan i spacerze wzdłuż Sawy.

Jeśli wolisz bardziej tradycyjne podejście, skieruj się na Skadarliję, bohemską ulicę pełną knajp z żywą muzyką. W restauracji „Tri Šešira” pljeskavica podawana jest w bułce z dodatkiem domowego prebranacu - duszonej fasoli po serbsku. To połączenie, które rzadko widuje się w przewodnikach, a miejscowi uznają je za klasyk. Prebranac, gęsty i lekko słodkawy od cebuli, świetnie współgra z soczystym mięsem z grilla. Unikaj jednak turystycznych „menu z angielskim opisem” - ceny bywają tam zawyżone nawet o 30 procent. Lepiej wejść do środka, zamówić po serbsku i zapytać o danie dnia.

Dla szukających czegoś lżejszego w ciągu dnia, piekarnia Trpković przy Knez Mihailovej oferuje pljeskavicę w wersji wrap - zawijaną w cienki chleb lepinja z surutką (serwatką) i świeżym ajvarem. To idealna opcja na szybki lunch między oglądaniem cerkwi św. Sawy a wizytą w Muzeum Narodowym. Pamiętaj, że w Belgradzie życie toczy się wokół jedzenia - każde danie na grillu to pretekst do długiego spaceru i rozmowy. Dlatego nie spiesz się, usiądź na ławeczce przy placu, popij miejscowym piwem Jelen i obserwuj, jak miasto tętni między Dunajem a Sawą.

Karađorđeva šnicla - danie, które zdradza, co Serbowie myślą o wiedeńskim sznyclu

Karađorđeva šnicla to dowód na to, że Serbowie nie kopiują kuchni europejskiej - oni ją ulepszają. Wiedeński sznycel to cienki, panierowany kotlet cielęcy. Serbska wersja to już zupełnie inna liga: gruby, zawijany filet wieprzowy lub wołowy, wypełniony kajmakiem i serem, a potem panierowany i smażony na złoto. Po przekrojeniu wypływa z niego kremowy, ciepły środek - to nie jest danie dla kogoś, kto liczy kalorie, ale dla kogoś, kto chce poczuć smak Bałkanów bez udawania. W Belgradzie zamówisz je w każdej restauracji z tradycyjną kuchnią serbską, zwłaszcza w okolicy Skadarliji, gdzie kelnerzy nadal noszą kamizelki i serwują jedzenie z dumą, a nie z automatu. Cena za porcję to zwykle 800-1200 dinarów, czyli jakieś 30-45 złotych, za co dostajesz solidną porcję mięsa, frytki i surówkę. Jeśli masz ograniczony budżet, ale chcesz zjeść coś konkretnego po całym dniu zwiedzania twierdzy Kalemegdan i spaceru wzdłuż Sawy, to jest to opcja pewniejsza niż ryzykowny wybór w turystycznej knajpie na placu Republiki.

W przeciwieństwie do ćevapi, które jesz na stojąco z cebulą i ajvarem, albo pljeskavicy, która bardziej przypomina burgera, Karađorđeva šnicla wymaga noża, widelca i czasu. To danie na spokojny obiad, a nie na szybki lunch między oglądaniem cerkwi św. Sawy a muzeum Nikoli Tesli. Warto wiedzieć, że w wielu miejscach podają ją z dodatkiem pieczonej papryki i kawałkiem sera - to taki ukłon w stronę kuchni bałkańskiej, która nie boi się łączyć mięsa z nabiałem. Jeśli po kilku dniach w stolicy Serbii masz już dość grillowanych mięs, to właśnie sznycel po serbsku jest tym, co pokazuje, że miejscowa kuchnia potrafi zaskakiwać. A po obiedzie wystarczy przejść się Knez Mihailovą w stronę Dunaju i wstąpić do piekarni Trpković po coś słodkiego, żeby dzień był kompletny.

Sarma, czyli gołąbki, od których odchodzi się na długie godziny

Lively scene with shops and pedestrians on Knez Mihailova Street in Belgrade during evening.
Zdjęcie: Boris Hamer

Sarma to danie, które w Serbii traktuje się z niemal religijnym pietyzmem. Jeśli myślisz, że znasz gołąbki z polskiego domu, czeka cię zaskoczenie. Wersja serbska to małe, ciasno zwinięte zawijaski z kiszonej kapusty, nadziewane mieszanką mielonego mięsa wieprzowo-wołowego, ryżu i cebuli, a następnie długo duszone w głębokim garnku. Sekret tkwi w czasie - sarma spędza na ogniu nawet kilka godzin, powoli przechodząc smakiem wędzonej żeberki lub boczku, które dodaje się między warstwy. W belgradzkich restauracjach, zwłaszcza tych w okolicy Skadarliji, podają ją z pajdą chleba i kwaśną śmietaną, a danie jest tak sycące, że po jednej porcji spokojnie możesz odpuścić obiad na kolejne dwa dni.

W stolicy Serbii sarmę znajdziesz w knajpach serwujących tradycyjną kuchnię bałkańską, ale to właśnie w domowych jadłodajniach poza centrum smakuje najlepiej. Na przykład w restauracji „Mala fabrika ukusa” przy ulicy Kralja Milana, gdzie za porcję zapłacisz około 600 dinarów, czyli jakieś 25 złotych. W porównaniu z ćevapami czy pljeskavicą, które królują na grillach wzdłuż Sawy i Dunaju, sarma jest daniem spokojniejszym, zimowym, kojarzącym się z rodzinnymi niedzielami. Nie znajdziesz jej w fast foodach na placu Republiki ani w budkach przy twierdzy Kalemegdan - to pozycja raczej dla cierpliwych, którzy po spacerze deptakiem Knez Mihailova usiądą na dłużej.

Jeśli chcesz spróbować sarmy w autentycznym wydaniu, omiń turystyczne pułapki wokół cerkwi św. Sawy. Zamiast tego poszukaj knajp na obrzeżach starego miasta, gdzie kelnerzy nie mówią po angielsku, a kartę dań wypisują kredą na tablicy. Często podają ją też w piekarni Trpković, choć tam lepiej celować w gibanicę lub burek. Sarma wymaga czasu i spokoju, podobnie jak samo miasto - nie zdążysz zjeść jej między zwiedzaniem muzeum a życiem nocnym na splavach nad Sawą. To danie na długie popołudnie, z kieliszkiem rakiji i bez pośpiechu.

Gibanica kontra burek - śniadaniowe starcie, które musisz rozstrzygnąć osobiście

Gdy rano w Belgradzie stajesz przed wyborem między gibanicą a burekiem, nie chodzi tylko o głód. To decyzja, która określi twój stosunek do serbskiego śniadania na resztę pobytu. Gibanica to warstwowe ciasto filo przekładane białym serem i jajkami, pieczone aż do złocistej chrupkości. Burek - zwykle z mięsem, ale też serem czy szpinakiem - jest cięższy, bardziej tłusty i sycący. Obie opcje kupisz w piekarni Trpković przy Knez Mihailovej za około 100-150 dinarów (3-5 zł), ale to właśnie gibanica częściej ląduje na talerzach mieszkańców, którzy traktują ją jak codzienny, domowy rytuał, a nie okazjonalny fast food.

Jeśli masz w planach zwiedzanie twierdzy Kalemegdan i spacer wzdłuż Sawy, lepiej postaw na lżejszą gibanicę. Nie obciąży cię tak, byś po godzinie marzył o drzemce na trawie pod murami. Burek z kolei sprawdzi się, gdy czeka cię długi dzień po knajpkach Skadarliji - tej belgradzkiej dzielnicy artystów i tradycyjnych restauracji, gdzie ćevapi i pljeskavica królują od południa do nocy. Ceny w lokalach przy brukowanych uliczkach są wyższe niż w piekarni, ale za 600-800 dinarów (20-27 zł) dostaniesz solidny obiad z ajvarem i cebulą. Pamiętaj tylko, że w Skadarliji płacisz też za atmosferę - muzyka na żywo i gwar sprawiają, że danie smakuje inaczej niż w barze przy Placu Republiki.

Wracając do śniadaniowego starcia: nie ma jednej słusznej odpowiedzi. Spróbuj obu w ciągu dwóch dni - jednego dnia gibanica z jogurtem, drugiego burek z kiszoną kapustą. To najlepszy sposób, by poczuć, jak kuchnia bałkańska łączy prostotę z wyrazistością smaków. I nie przejmuj się kaloriami - spacer z Kalemegdanu do cerkwi św. Sawy spali je bez trudu, a widok na zbieg Dunaju i Sawy wynagrodzi każdą dodatkową porcję sera.

Ajvar, kajmak i urnebes - bez tych trzech dodatków nie zrozumiesz tutejszych talerzy

Ajvar, kajmak i urnebes to trzy dodatki, które na stałe zapisały się w serbskiej kuchni. Bez nich trudno zrozumieć, dlaczego nawet prosta pljeskavica smakuje tu jak podawana w niebiańskiej restauracji. Ajvar to gęsty, słodko-pikantny krem z pieczonej papryki, często z dodatkiem bakłażana. W Belgradzie kupisz go w każdym sklepie, ale prawdziwą magię poznasz, gdy trafisz na domowy, przygotowany jesienią przez babcie na targu. Kajmak to z kolei coś pomiędzy śmietaną a miękkim serem - kremowy, lekko słony, idealny do grillowanego mięsa, ale też do posmarowania chleba prosto z piekarni Trpković. Urnebes, czyli ser wymieszany z papryką i czosnkiem, dodaje pikantnego kopa każdemu kęsowi i świetnie pasuje do ćevapi.

Gdy wybierzesz się na spacer po centrum, od razu poczujesz zapachy z knajpek wokół placu Republiki i ulicy Kneza Mihailovej. To właśnie tam, wśród tłumów i straganów, znajdziesz miejsca serwujące tradycyjne dania w przystępnych cenach - obiad za 800-1200 dinarów (około 30-45 zł) to norma. W dzielnicy Skadarlija, brukowanej i pełnej artystycznego ducha, restauracje grają muzykę na żywo, a kelnerzy zachęcają do spróbowania sznycla Karadordeva, czyli panierowanego kotleta z kajmakiem i szynką w środku. Jeśli wolisz coś lżejszego, zamów gibanicę - warstwowe ciasto z serem, idealne na szybkie śniadanie, albo prebranac, czyli zapiekankę z fasoli, która syci na długie godziny.

Po posiłku warto ruszyć w stronę twierdzy Kalemegdan, skąd rozciąga się widok na Dunaj i Sawę. To jedno z tych miejsc, gdzie historia spotyka się z codziennością - możesz usiąść na murach, posłuchać ulicznych muzyków i zjeść loda, patrząc na rzekę. Jeśli masz więcej niż dwa dni w stolicy Serbii, zaplanuj wizytę w cerkwi św. Sawy, jednej z największych prawosławnych świątyń na Bałkanach, albo w którymś z muzeów, na przykład Muzeum Nikoli Tesli. Życie nocne w Belgradzie to osobny rozdział - bary na barkach cumujących nad Sawą, kluby grające bałkańskie brzmienia do rana. Ale nawet jeśli nie jesteś imprezowiczem, spacer bulwarem wzdłuż Dunaju o zachodzie słońca, z kieliszkiem lokalnego piwa w ręce, wystarczy, byś poczuł, dlaczego to miasto ma w sobie coś, czego nie znajdziesz nigdzie indziej.

Gdzie na rybę nad Dunajem i Sawą, zanim rybackie knajpy przejmą deweloperzy

Nad brzegami Sawy i Dunaju w Belgradzie wciąż znajdziesz knajpy, które pamiętają czasy, gdy rybacy przybijali tu łodziami prosto z połowu. To nie są eleganckie restauracje z widokiem na twierdzę Kalemegdan, tylko drewniane barki i prowizoryczne tarasy, gdzie zjesz świeżego suma albo karpia z rożna, a do tego obowiązkowo chleb maczany w gęstym sosie z papryki i cebuli. Problem w tym, że deweloperzy już ostrzą sobie zęby na te działki. Za kilka lat może tu stanąć apartamentowiec, więc jeśli chcesz zobaczyć autentyczną stronę miasta, masz na to może dwa, trzy sezony.

Najlepszym miejscem na taki obiad jest splav - pływająca restauracja zacumowana przy nabrzeżu. Na przykład na nowobeldgradzkim odcinku Sawy znajdziesz kilka takich, gdzie ceny w dinarach wciąż są uczciwe, a porcja ryby z frytkami i sałatką ze świeżej kapusty kosztuje tyle, co w centrum dwa kebabowe ćevapi. Nie licz na karty w języku angielskim ani na kelnera w muszce. Zamawiasz ręką, uśmiechem albo po prostu mówisz „riba”, a oni pytają tylko, czy na grillu, czy smażona. Do tego kieliszek domowej rakiji z moreli, która rozgrzewa lepiej niż płaszcz w listopadzie.

Jeśli wolisz lądowe klimaty, wybierz się na Skadarliję - brukowaną uliczkę pełną knajp, gdzie muzyka gra na żywo, a kelnerzy w tradycyjnych kamizelkach niosą talerze z sznyclem Karadordeva, który wygląda jak złocisty wałek, a w środku kryje ser i szynkę. To bardziej turystyczne, ale wciąż autentyczne. Lokalni przychodzą tu na niedzielny obiad, a nie tylko Instagram. Różnica między Skadarliją a splavem jest taka, że na barkach jesz rybę i słuchasz szumu Dunaju, a na Skadarliji dostajesz gibanicę na deser i słuchasz skrzypiec. Obie opcje są dobre, ale ta pierwsza znika szybciej.

Pamiętaj, że w Belgradzie nie ma jedzenia na pokaz. Nawet w eleganckiej restauracji przy Placu Republiki dostaniesz pljeskavicę podaną na desce, a nie na talerzu z rantem. To miasto nie udaje, że jest Paryżem. Jeśli masz budżet na trzy dni, jeden wieczór poświęć na rybę nad wodą, drugi na mięso na Skadarliji, a trzeci na piekarnię Trpković o szóstej rano, zanim wyjedziesz na Kalemegdan. Bo stolica Serbii to nie tylko twierdza i cerkiew, ale przede wszystkim zapach dymu z grilla i widok na Sawę, która powoli przegrywa z betonem.

Skadarlija wieczorem - sprawdź, czy faktycznie warto jeść w turystycznym sercu miasta

Spacerując w stronę Skadarliji, czuć zmianę atmosfery. Główna ulica handlowa Kneza Mihailova nagle się urywa, a ty trafiasz na brukowaną, wąską uliczkę, przy której kelnerzy w tradycyjnych kamizelkach zapraszają cię do środka. Skadarlija to wizytówka Belgradu, ale też pułapka na turystów. Z jednej strony znajdziesz tu klimatyczne knajpy z muzyką na żywo i gwarem rozmów, z drugiej - ceny wyższe niż w okolicznych dzielnicach, gdzie jedzą sami Serbowie.

Czy warto tu zjeść? Tak, ale z głową. W restauracjach przy Skadarliji zapłacisz za ćevapi czy pljeskavicę więcej niż na Zelenym Vencu, ale dostajesz też coś ekstra: wystrój rodem z XIX wieku, zapach grilla mieszający się z dymem z papierosów i atmosferę, której nie znajdziesz w żadnym innym miejscu w stolicy Serbii. Jeśli chcesz spróbować tradycyjnych dań, nie idź na pierwsze lepsze ogródki. Lepiej zajrzeć do knajp przy bocznych uliczkach, gdzie stolki stoją bliżej kuchni, a kelnerzy nie mają w ręku menu w pięciu językach. Tam za 400-600 dinarów (około 15-20 zł) dostaniesz solidną porcję mięsa z grilla z ajvarem i cebulą.

Pamiętaj, że Skadarlija to nie tylko jedzenie. To także miejsce, gdzie po kolacji możesz złapać taksówkę i w 10 minut być na twierdzy Kalemegdan, skąd widać ujście Sawy do Dunaju. Jeśli masz w planach zwiedzanie centrum, Cerkiew Świętego Sawy czy Plac Republiki, Skadarlija leży po drodze. Ale jeśli zależy ci na autentycznej kuchni bałkańskiej bez turystycznej marży, lepiej skierować się w okolice targu Zeleni Venac albo do dzielnicy Savamala, gdzie życie nocne miesza się z lokalnymi knajpami, a sznycel Karadordeva czy gołąbki z kapusty smakują tak, jak w domu. A na deser - koniecznie zahacz o piekarnię Trpković, gdzie za kilka dinarów kupisz gibanicę, która rozgrzeje cię nawet w chłodny wieczór nad Sawą.

Restauracje z widokiem na Nowy Belgrad - gdzie zamówić coś więcej niż tylko ładną panoramę

Wybór restauracji z widokiem na Nowy Belgrad to nie tylko kwestia ładnej panoramy, ale przede wszystkim decyzja o tym, czy kuchnia dorówna scenerii. Większość lokali ciągnących się wzdłuż nabrzeży Sawy i Dunaju nastawia się głównie na turystów, dlatego łatwo trafić na miejsce, gdzie zapłacisz 1500 dinarów za przeciętnego ćevapi, który w zwykłej piekarni Trpković kosztowałby jedną trzecią tej ceny. Prawdziwą wartość znajdziesz tam, gdzie szef kuchni traktuje serbski grill poważnie, a nie tylko jako dodatek do zdjęć na Instagramie.

Jeśli chcesz połączyć widok na stalowo-szklane wieżowce Nowego Belgradu z solidnym obiadem, szukaj restauracji, które w menu mają nie tylko standardową pljeskavicę. Dobrym sygnałem jest obecność dań takich jak prebranac, gibanica czy ajvar własnej roboty. W kilku miejscach na splavach (pływających klubach i restauracjach) serwują sznycel Karadordeva, który tutaj, przy zachodzie słońca nad rzeką, smakuje lepiej niż w zatłoczonej Skadarliji. Uważaj jednak na lokale, gdzie kelnerzy zbyt nachalnie zachwalają “tradycyjną kuchnię serbską” - często oznacza to dania odgrzewane z mikrofali i zawyżone rachunki.

Najlepszym kompromisem są restauracje w okolicy twierdzy Kalemegdan, które oferują widok na ujście Sawy do Dunaju, a jednocześnie mają kuchnię bliższą standardom z centrum. Możesz tam zamówić gołąbki z kapusty kiszonej lub pieczoną paprykę z serem, obserwując jednocześnie jak zapalają się światła na nowoczesnych osiedlach po drugiej stronie rzeki. Ceny są tam wyższe niż w knajpach przy Placu Republiki, ale za około 2000 dinarów dostaniesz solidne danie główne i piwo, co przy panoramie na cały Nowy Belgrad jest uczciwą transakcją. Unikaj natomiast lokali tuż przy moście Brankova - widok może być spektakularny, ale jedzenie często rozczarowuje, a hałas samochodów zabija cały klimat wieczornego spaceru.

Słodkie zakończenie w centrum - od baklawy po nowofalowe desery, które zaskakują nawet miejscowych

Po solidnym obiedzie w Skadarliji czy porcji ćevapi z piekarni Trpković przychodzi czas na coś słodkiego. W centrum Belgradu, tuż przy Knez Mihailovej, znajdziesz miejsca, które serwują desery daleko wykraczające poza standardową baklawę. Owszem, ta tradycyjna, z orzechami i miodem, smakuje wybornie w lokalach przy Placu Republiki, ale prawdziwą niespodziankę robią nowofalowe cukiernie. Wykorzystują one lokalne składniki - ajvar w duecie z czekoladą, ser w lekkim musie czy paprykę w słodkiej konfiturze - i podają je w formie, której nie powstydziłby się paryski patissier. To nie jest zwykłe „coś na zakończenie”, tylko osobne, kreatywne danie.

Mieszkańcy Belgradu, przyzwyczajeni do ciężkiej kuchni bałkańskiej, chętnie odbijają sobie lekkostrawne, ale pełne smaku desery. W modnych lokalach wokół twierdzy Kalemegdan czy nad brzegiem Sawy i Dunaju królują eksperymenty z sezonowymi owocami i ziołami. Możesz trafić na deser z dodatkiem gibanicy (przetworzonej na kruszonkę) i lodów z zielonej papryki. Brzmi dziwnie, ale smakuje zaskakująco świeżo, idealnie przełamując tłustsze mięsa z grilla. Ceny takich nowości rzadko przekraczają 400-500 dinarów, czyli tyle, ile zapłacisz za solidną pljeskavicę, a wrażenie zostaje na dłużej.

Nie pomijaj też prostszych przyjemności. W piekarniach wokół Skadarliji kupisz za 100 dinarów ciepły, kruchy placek z serem, który jest słodkim akcentem na wynos. Wieczorem, gdy życie nocne Belgradu nabiera tempa, bary w centrum serwują deserowe wariacje z dodatkiem lokalnego piwa lub rakiji. To dowód, że stolica Serbii nie tylko karmi mięsem, ale też potrafi zaskoczyć słodkim finałem, który łączy tradycję z nowoczesnością bez zbędnego patosu.

Pocztówka od autora

Tomasz Lewandowski

Redaktor podróżniczy - przewodniki, praktyczne porady i inspiracje na podróże życia.

Poznaj Tomasza
Tomasz Lewandowski